LatoNaturaNowa ZelandiaPodróże

Nowa Zelandia – Urodziny na Antypodach…

1107.2019
Powrót do spisu treści

13 dzień – Lodowiec Franciszka Józefa i pierwszy w życiu lot helikopterem.

12. 04. 2019, piątek

Poranek. Jemy pyszne śniadanko – godne najlepszych pięciogwiazdkowych hoteli. Pychotka 😊 Już nie piszę, kto je zrobił – bo przecież wiadomo… 😀

Internetu nie mamy dalej. Musimy go znaleźć, żeby spróbować zarezerwować helikopter, no i dowiedzieć się co dalej z przejazdem na południe…

Opuszczając camping, jeszcze na jego terenie, widzimy stadko krów z bykiem. Razem?… To się rzadko spotyka.

A Panowie Byki, jak to Panowie Byki – spod byka na nas patrzą 😉

Natomiast Panie Krówki w spokoju trawę sobie przeżuwają, nie zwracając na nas uwagi 😃 Żegnając się ze stadem, wyglądających na szczęśliwe, krów i byków, ruszamy w stronę Lodowca Franciszka Józefa i mostu, który jest póki co nieczynny. Dyskutujemy o opcjach dalszej podróży. Albo przeczekamy odwiedzając rezerwat czapli białej i ruszymy dalej pojutrze, albo… Albo będziemy musieli jednak zawrócić – no bo przecież żadnej gwarancji otwarcia mostu nie mamy…

Powróciła piękna pogoda.

Jedziemy nadal pośród gór, ale już wybrzeżem. Niebo jest błękitne i znowu prowadzą nas sokoły. Nie mam ich jak z jadącego samochodu sfotografować, a zatoczek w danym miejscu, gdzie akurat sokół się pojawia niestety nie ma… Ale sokolich stop klatek w głowie – mam mnóstwo… 😊

W pewnym momencie wjeżdżamy w drogę, która biegnie w całym buszu paproci i drzew…

Roślinność Nowej Zelandii jest naprawdę przepiękna, a nieuregulowana, pozostawiona sama sobie, rozwija się tworząc niesamowitą plątaninę gatunków…
Oczywiście, jak na górską drogę przystało, wije się ona mniejszymi i większymi serpentynami.

Jakby tancerka podrzuciła wstążkę, która opadając wytyczyła tą piękną drogę… 😊

I tak sobie tą wstążką niefrasobliwej tancerki jedziemy, i tylko pozostaje nam westchnąć. No i wzdycha Pan Mąż – piknie tu. I wzdycha Pani Żona- Ano… Piknie… Bo piknie jest nieziemsko… 😀

Po drodze na lodowiec, w miasteczku oddalonym od Glacier Country o około 30 kilometrów, znajdujemy Biuro Informacji Turystycznej, gdzie dowiadujemy się, że most będzie otwarty dopiero w niedzielę 😯 Trzeba chyba będzie znaleźć tutaj jakieś piękne zakątki i przeczekać – ale niestety, tak jak pisałam wyżej, burzy to nasze plany dojechania daleko na południe.

Dojeżdżamy pod sam lodowiec i tam pomimo kosztów rezerwujemy helikopter– jak podróż życia, to podróż życia… 😃 W bazie otrzymujemy informację, że most jednak będzie otwarty nazajutrz. No to mamy niespodziankę. Super… 😃

Lot helikopterem możemy mieć już za godzinę – to wartość dodana do podróżowania na koniec sezonu. Wszystko załatwia się szybciej, free campingi są nieprzepełnione, a ruch na drogach jest praktycznie żaden. Na pogodę, pomimo czarnych prognoz kierowcy Ubera – też nie możemy narzekać…
Dowiadujemy się, że most został zniszczony przez intensywne opady deszczu. Zamieszczam z tego zdarzenia filmik – wszystko stało się z 26 na 27 marca tego roku, czyli dwa tygodnie temu…

Ale armagedon… 😲

Niestety na pogodowe armagedony – nic nie poradzisz…

I tak z udrożnieniem trasy Nowozelandczycy radzą sobie w tempie błyskawicznym – w Polsce wszystko trwałoby miesiącami…

Przed lotem helikopterem jemy na szybko zupę z owocami morza w restauracji obok – chcemy przesłać przed wylotem buziaki do dzieciaków. Trochę się denerwuję, jak przed każdym lotem, a lot helikopterem, jako pierwszy w życiu, stresuje mnie tym bardziej. Koszt dostępu do internetu – 18 dolarów od zupy… 😉 Tym razem ja się zachwycam (uwielbiam owoce morza praktycznie w każdej postaci…), a pan Mąż się krzywi… Trzeba było wybrać pomidorówkę – śmieję się… 😃

Jeszcze tylko odprawa przed lotem, instrukcje zachowywania się przy wsiadaniu i wysiadaniu – trzeba uważać na śmigło, żeby głowy nie stracić, a także ostrzeżenie nie oddalania się na lodowcu od helikoptera na odległość większą, niż 30 metrów, ze względu na obecność olbrzymich, gęsto rozsianych, szczelin… A potem nadchodzi czas na przemierzanie powietrznych przestrzeni Parku Narodowego Westland, z pasmem Alp Południowych.

Oto nasza powietrzna limuzyna 😃

Wiadomo kto cieszy się najbardziej… 😀

Ja cieszę się nie mniej – ale oczekiwanie na start miesza się u mnie jednak z pewną dozą lęku, którego Pan Mąż w takich sytuacjach oczywiście nie doświadcza… 🙄😉

No to start.

I już lecimy…

Lęk, który odczuwałam przy starcie mija bardzo szybko, ponieważ lot jest spokojny, a widoki fantastyczne 😊

Wznosimy się coraz wyżej i gdy docieramy do granicy wiecznego śniegu, czuję jak ogarnia mnie wzruszenie – uwielbiam te chwile przebywania pośród lodowców…

Szczyty toną w chmurach co powoduje, że gra światło-cieni jest przepiękna…

Wylatujemy ponad poziom chmur i od tego momentu możemy podziwiać lodowiec w całej okazałości wszechobecnych tutaj szczelin…

Lodowiec Franciszka Józefa wygląda jak posiekany szczelinami i jest to powód, dla którego wspinaczka jest tutaj zabroniona. Na szczyt lodowca można dostać się tylko helikopterem – właśnie tak jak my to dzisiaj czynimy… 😃

No i w końcu jesteśmy – Franz Josef Glacier.

Jest pięknie… 😊

Tutaj także doskonale widać gęsto rozłożone szczeliny i pęknięcia – lepiej stosować się do wskazówek bazy lotniczej i nie oddalać się od helikoptera na więcej, niż 30 metrów…

Część szczytu lodowca ginie w chmurach,

ale większość jest pięknie oświetlona ostrym słońcem.

Oprócz słońca, pięknie tutaj hula wiatr…

I pięknie z helikopterem w tle prezentuje się Pan Mąż 😃

Nieźle na tle helikoptera prezentujemy się również razem 😉😃

Spędzamy na lodowcu parę minut – napawając się pięknem tego miejsca i jego atmosferą. Atmosferą ciszy, wiejącego wiatru, światła, zimna i potęgi…

No, a potem z powrotem wsiadamy do naszej ważkowej limuzyny

i mając w oczach cały czas obraz lodowcowych przestrzeni, startujemy w drogę powrotną.

Jeszcze podziwiamy lodospad,

Ekspozycję z tej perspektywy mamy niesamowitą…

Zostawiamy za sobą wieczne śniegi i wraz z obniżaniem lotu podziwiamy granie i górski krajobraz, jakby znowu wzięty z planu filmowego ”Hobbita”…

Kończymy naszą przygodę lodowcowo-helikopterową.

I wiecie co?…. Warto jest jeden raz taką przygodę przeżyć. Lot helikopterem, piękne widoki, wirujące śmigła, huk, silników, słuchawki na uszach – na pewno było fajnie… Ale gór w taki sposób nie poczujecie… Za szybko, bez wysiłku, tak naprawdę bez magii… Było fajnie, ale wiem, że drugi raz bym tego nie powtórzyła i wiem też, że choćby nie wiem co, nazajutrz zrobimy podejście pod jęzor lodowca ”po pieszku”. W innym przypadku, oprócz lotu z tego miejsca w moich emocjach niewiele pozostanie… Góry musisz ”wyłoić” sam. Musisz iść, wspinać się, czuć zmęczenie – dopiero wtedy czujesz, że naprawdę tutaj jesteś…

Ale sam lot na pewno był niezłym doświadczeniem…

Kupujemy w Glacier Center pamiątki dzieciakom i zawracamy do miejsca, gdzie na mapie zaznaczony jest rezerwat czapli białej – Okarito.

Docieramy na camping – niestety nie można tutaj nocować na dziko, ale koszt campingu to tylko 15 dolarów od osoby, a jest stałe wi-fi 😯, dostęp do prysznica – za 2 dolary i możliwość ładowania prądu ile tylko chcesz… Dodatkowo miejscówka jest praktycznie przy samej plaży, nad morzem Tasmańskim… Czyli camping cudo 😊 – pomimo, że wygląda jakby przycupnął na parkingu samochodowym 😉😀

Jak widać, myśmy też przycupnęli naszym domkiem na kółkach 😉😃

Rozmawiamy chwilę z sympatycznym właścicielem campingu, tzn. staramy się go zrozumieć – akcent nowozelandzkiego angielskiego, jak już pisałam wcześniej, nie jest najłatwiejszy do zrozumienia, ponieważ jest absolutnie ”zamazany”. Ale coś tam rozumiemy o gatunkach ptaków, o kiwi, które jest wyłapywane nielegalnie do prywatnych rancz – okropne… 🙄 I o tym, że żyje Pan Gospodarz w nowej Zelandii 67 lat, a jeszcze kiwi nie widział 😯 Można próbować pochodzić ścieżkami leśnymi w nocy, ale szanse są marne… O moście, który w okresie od zawalenia się, powoduje okolicznym, żyjącym z turystyki Nowozelandczykom olbrzymie straty. Mówi nam, że jak most jest czynny to na campingu ma codziennie nawet czterdzieści kamperów – a teraz pięć, sześć… Tak, to na pewno jest strata… I o tym, że owszem jest to miejsce rezerwatem czapli białej, ale można je zobaczyć tylko płynąc dużą łodzią po lagunie, lub ew. płynąc kajakiem. No my już na pewno nie będziemy wynajmować ani łodzi, ani kajaków – koszt kajaka na parę godzin to 80 dolarów. Szaleństwa szaleństwami, ale my jednak poszaleliśmy już wystarczająco… 😉 Z kosztami jednak liczyć się trzeba. Spróbuję coś upolować fotograficznie z lądu…

A póki co biegniemy w stronę plaży – na zachód słońca… Jest piękny, gdy błyszczy nad rozfalowanym morzem…

Nie czekamy, aż zrobi się zupełnie ciemno, tylko ciesząc się z fajnej miejscówki na postój wracamy do kampera,

gdzie przy herbatce nadrabiamy kontakty z rodzinką, pozdrowienia z podróży dla znajomych. To może być jedyna taka okazja na wysłanie prywatnych wiadomości do wszystkich… Miejsce z luksusem internetowym może już się nam nie przydarzyć 😉 Przesyłamy dzieciakom dobranocki, a one nam na to – dopiero wstaliśmy, dzień dobry 😃

Niesamowite jest to uczucie skrajnie różnych czasów doby pomiędzy antypodami. To takie trochę magiczne, że nam się piątek już kończy, a naszym bliskim dopiero zaczyna… 😊

Jeszcze tylko przeglądam zdjęcia z lodowca i ubieramy się, ponieważ dzisiaj pięknie widać mleczną drogę… Chcemy ją sfotografować, ale niestety nasze próby, a są to pierwsze próby sfotografowania mlecznej drogi w życiu- spełzają na niczym… Mamy teleobiektywy do fotografowania zwierzaków i są one za ciemne… Nie wychodzi nic… 🙄 Pozostaje nam zrobić sobie przepiękne stop klatki z drogą mleczną w głowie i zmykać pod kołdrę do rozgrzanego ślimakowo-żółwiowego domku. Brrr – ale zimno. W nocy temperatura już spada do około 9 °C. W Nowej Zelandii jesień zbliża się wielkimi krokami…

Wysyłam jeszcze raz dobranockowe-dzieńdoberki dzieciakom i już zasypiamy. Kolejny dzień czeka… 😊

Powrót do spisu treści

Komentarze

fotoeskapady

05 sierpnia 2019 o 19:51

💓😊

Pan Mąż

05 sierpnia 2019 o 19:22

Byłem, widziałem, przeżyłem… Dziękuję Pani Żono za to, że jesteś, to po pierwsze i za to że tym wpisem dajesz mi szansę wracać na Antypody zawsze, gdy nad głową kłębią się chmury… Niekoniecznie te prawdziwe, czasem te “z przenośni”.
Pan Mąż

fotoeskapady

18 lipca 2019 o 16:49

Dziękuję bardzo…. 😊 To była przepiękna podróż i w emocjach, i fotograficznie… A chwile z pingwinem niebieskim na pewno zostaną jednym z moich najpiękniejszych wspomnień 😊 Cieszę się, że moja nowozelandzka opowieść Ci się spodobała i jeszcze raz bardzo dziękuję za komentarz 😊
Pozdrawiam serdecznie
Sabina

Andrzej

16 lipca 2019 o 18:22

Świetnie się czytało, przepiękne widoki, gratuluję tylu nowych gatunków ptaków, a najbardziej niebieskiego pingwina!!! -:)

fotoeskapady

16 lipca 2019 o 16:14

Dziękuję pięknie za komentarz 😊 Bardzo się cieszę, że długość wpisu Cię nie zanudziła, no i że dałeś radę 😃 Nie potrafię inaczej pisać -każda podróż układa mi się właśnie w opowieść i dlatego tak ją przedstawiam… Z tego powodu też, zaczęłam dzielić wpisy na rozdziały, żeby łatwiej było przerywać i wracać. Nawet nie wiesz jak miło mi przeczytać, że nie czyta się mojego bajania ciężko i ze znużeniem. Bardzo, bardzo dziękuję za te słowa – są dla mnie dużym wsparciem… A prawdziwe relacje z podróży piszesz Ty… I są świetne👏👏👏😊 Pomyślę nad zdjęciami zwierzaków wszelakich, ale nie obiecuję zmniejszenia ilości – bo każda odsłona wydaje mi się inna i ciekawa – mam problem z ich przefiltrowaniem…🙄, a i tak wybieram garstkę z tych, które danemu modelowi zrobię… Mój Pan Mąż, też na to narzeka 😂
Pozdrawiam serdecznie, dziękując również za zgodę na wykorzystanie Twojego komentarza z Instagrama.
Sabina 😊
Ps. Trochę mgiełki tajemnicy… 😉😃

Robert Remisz

15 lipca 2019 o 22:26

Zaczynając czytać Twoją relację z podróży po Nowej Zelandii pomyślałem, że “długa”, a to często idzie w parze z nudą, której nie znoszę i sam staram się nie rozpisywać. Jednak Ty umiesz w bardzo ciekawy sposób przedstawić to, co w danej chwili czujesz. Masz “lekkie pióro”, czytając nie czuć toporności i silenia się na nie wiadomo jaką pompatyczność. Dla mnie jest to fajne – podkreślę – opowiadanie, a nie typowa relacja z podróży. W tym opowiadaniu jest zachwyt przyrodą, krajobrazem, ale też miłość do najbliższej rodziny :-) Całość wzbogacona jest bardzo ładnymi zdjęciami. Jednak – szczerze, nie lubię inaczej – moim zdaniem pokazywanie kilku, bardzo podobnych ujęć ptaków jest zbędne. Choć wiem, że innym może się to podobać. Całość świetna!!! Gratuluję. Pozdrawiam :-)

Ps. “…482 kilometry samochodem z Pragi do domu…” a to zagadka :-)

Dodaj coś od siebie i skomentuj ten wpis!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *