LatoNaturaPodróżePolskaRodzina

Gdy urywasz się od chłopaków na dziewczyńskie wakacje :D

1612.2018

Początek

Jest połowa sierpnia. Nadszedł czas na wakacje poza nurkowaniem i górskimi wspinaczkami. Czas tylko dla dziewczyn. A jak spędzają czas dziewczyny w naszej rodzinie, gdy urywają się od bycia ze swoimi chłopakami?… Urywają się do miejsca, gdzie słychać stukot kopyt, parskanie chrap i rżenie szczęśliwych koni – czekających na moment, w którym będą mogły galopować po rozległych łąkach. Znalezienie takiego miejsca, z dala od ludzi i chaosu, wcale nie jest takim łatwym zadaniem. Nam się to jednak udaje. Tym miejscem okazuje się być Stadnina Pod Lasem w Dąbrowie Tomaszowskiej, koło Tomaszowa Lubelskiego – http://www.stadninapodlasem.pl/

Ze względu na krótki czas między rezerwacją a naszym przyjazdem dostajemy propozycję wzięcia pokoju nad stajnią, ponieważ w hotelu ”Dworek Dąbrowa”, który sąsiaduje bezpośrednio ze stadniną i gdzie można wynająć pokoje, nie ma już miejsca. Pokój nad stajnią – super. Jak dla nas – im bliżej koni, tym lepiej ;D Pakujemy się i razem z Kasieńką wskakujemy z samego poniedziałkowego ranka do samochodu i ruszamy w drogę. Tydzień z końmi? Trudno się dziwić naszym super humorom… :D

No i selfi musi być ;)

Po około 300 kilometrach autostrady pomału wjeżdżamy w okolice Tomaszowa Lubelskiego. Roztocze wita nas drogą wśród lasów 

i pól.

A bociek – bocian biały (Ciconia ciconia) – z gniazda na powitanie wesoło do nas klekoce…

Przynajmniej tak sobie wyobrażam, że to do nas ;D

W końcu dojeżdżamy do Tomaszowa, robimy szybkie zakupy – z uwzględnieniem białego winka i pyszności do winka na pierwszy, mamino-córciowy, wieczór :) A potem już prosto do Stadniny Pod Lasem. Wjeżdżamy na parking pod stajnią i od razu się absolutnie zakochujemy w tym miejscu.

Dom – w którym mamy pokoje, i w którym mieszczą się również stajnie, jest przepięknie porośnięty bluszczem. Obok wałęsają się lub śpią, gdzie popadnie kociaki – wszelakiej maści, wieku i wielkości.

Kasia, która uwielbia wszystkie zwierzaki, od razu jednego przygarnia – a selfi z kotkiem, to już tylko dodatek ;)

Witamy się i zaraz potem ustalamy jazdy z Andrzejem – instruktorem sportowym PZJ. Mówię, że chciałybyśmy mieć jazdy na koniach sportowych – nie z rekreacji. Pomimo tego, że ja mam cztery lata a Kasia rok przerwy – to obydwie już wystarczająco namęczyłyśmy się jeżdżąc na koniach rekreacyjnych, które z reguły są znieczulone na łydkę i zaciągnięte w pysku na wędzidle. Z reguły, zanim w stajni dostanie się lepszego konia – trochę czasu musi upłynąć. Tak testowo. My natomiast tego czasu nie mamy – przyjechałyśmy na pięć dni i chcemy mieć ten czas po pierwsze w pełni wykorzystany w pryzmacie jazdy konnej a po drugie – przyjemny… Instruktor Andrzej patrzy na nas – znanym mi dobrze wzrokiem instruktorskim tzn. ”przyjechały pańcie i chcą sportowe konie…” ;) Boże jak ja tęsknię za moją Rudą – angloarabką o dużo mówiącym imieniu Leserka.  Zawsze próbowała się wymigać od ciężkiego treningu ;D Ale jak już pracowała – to miała i charakter, i werwę – jak to konie rasy angloarabskiej. Nie mówiąc o rudej maści ;).  Niestety tak mi się życie poukładało, że musiałam zrezygnować z przygody z własnym koniem i od tej pory, tzn. od 15 lat, błagać w różnych stadninach o racjonalnego konia do jazdy. Przyzwyczajona, więc do powyżej rzeczonego spojrzenia, jeszcze raz proszę z uśmiechem o konie reagujące na pomoce. Umawiamy się na trening zapoznawczy ;) o godz. 18.00. – Kasia i 19.00. – ja. Żegnamy się tymczasowo z Panem Andrzejem, by zaraz potem zajrzeć do stajni – przywitanie się z końmi na tym wyjeździe musi być priorytetem :)

Tutaj mówię dzień dobry ślicznej klaczce – Andaluzji :)

Widzimy z Kasieńką, że konie mają się tutaj szczęśliwie :D 

A jeżeli konie mają szczęśliwie, to my też tak będziemy mieć – stwierdzamy zgodnie i idziemy do samochodu po walizki, które przenosimy do pokoju, znajdującego się na poddaszu stajni.

Pokój prezentuje się całkiem przytulnie – czysto, schludnie, wygodnie…

Zaglądam do łazienki – tzn łazienki i osobno ubikacji – w fajnym standardzie. A z mojego punktu widzenia stan łazienki jest niezwykle istotny. Szczególnie, gdy trzeba z niej dosyć często korzystać uprawiając intensywnie sport – oczywiście pozawodny ;)

W pokoju unosi się zapach koni przenikający ze stajni, znajdującej się dokładnie pod naszym sufitem – dla nas zapach koni jest wpisany w atrakcje wakacji z rumakami ;D

Jesteśmy z Kasią głodne i zmęczone – postanawiamy porzucić bagaże na podłodze i zjeść obiad w sąsiadującym ze stadniną ”Dworku Dąbrowa”. Gdy idziemy, do ogrodzenia padoku znajdującego się praktycznie przy samym Dworku, podbiega śliczny, młody ogier rasy fryzyjskiej – pewnie też ma ochotę na jakąś przekąskę.

Niestety na obiad wziąć kolegi nie możemy ;)

Decyzja o zjedzeniu obiadu w ”Dworku Dąbrowa” okazuje się być słuszną. Zupa z drugim daniem (jeżeli bierze się danie dnia), kosztuje tylko 20 zł od osoby i jest nie dość, że całkiem sporą porcją, to jeszcze przepysznie smakuje. Taka domowa kuchnia.

Myślałam, że będziemy szukać miejsca na posiłki, gdzieś w Tomaszowie Lubelskim, ale już po pierwszym obiedzie w Dworku – wiemy, że nigdzie się stąd nie ruszamy – mniam ;D

Dodatkowym bonusem do pysznego posiłku w dworku jest piękny widok, który rozciąga się z tarasu na staw z romantycznym mostkiem.

Gdy jemy obiad, widzę nad stawem piękną czaplę szarą – niestety na pierwszy posiłek nie wzięłam mojej lufy… Nie zrobię zdjęcia… Ale stop klatkę w głowie – już tak :)

Jedno jest pewne – trafiłyśmy z Kasieńką na nasz mamino-córciowy wyjazd we właściwe miejsce :D

Po obiedzie, przed pierwszym wieczornym treningiem postanawiamy się zdrzemnąć. Jesteśmy zmęczone drogą, a napełnione żołądki pysznym obiadkiem zapędzają nas prosto do łóżek. Rozpakujemy się po treningu – stwierdzamy zgodnie z Kasieńką ;D Na wszelki wypadek nastawiam budzik na godz. 17.30, żeby nie zaspać na pierwszą jazdę. Zaraz potem, jak tylko przykładamy głowy do poduszek, lądujemy w objęciach Morfeusza :)

Budzimy się, przebieramy i idziemy przygotować konie. Kasia dostaje – Ikara, a ja klacz – Andaluzję. Cieszę się, że po przyjeździe dałam klaczce smakosza na dzień dobry. To świetny wstęp do zaprzyjaźnienia się – szczególnie z końmi, które jak wiadomo są łakomczuchami :)

Każda z nas czyści i ubiera swojego konia.

No i czas rozpocząć pięć dni w siodle :D

Pierwszą jazdę mamy wspólną, więc zdjęć z niej nie mogę dołączyć, ponieważ ich nie mam ;)

Jazda Kasi przebiega całkiem nieźle – szczególnie jak na roczną przerwę w siodle… Uwagi do Kasi dotyczą przede wszystkim za niskiego trzymania ręki. Jeden z instruktorów na początku przygody jeździeckiej tak Kasię nauczył i teraz nie potrafi się tego nawyku wyzbyć. Ale ja znam moją córkę – jeżeli teraz ma kategorycznie błąd zauważony i wytknięty, to wypracuje…

Moja jazda zapoznawcza przebiega też bez problemów – może bez wielkich wzlotów, ale też i bez żenujących wpadek, czy upadków ;D

Konkluzją zwięzłą i bez wylewności, ale napełniającą i mnie, i Kasieńkę bezbrzeżnym szczęściem oraz poczuciem otrzymania nagrody z górnej półki, było – ”Ok, możecie mieć sportowe konie…” Mega :D Jesteśmy zmęczone, ale szczęśliwe…

Jedyny minus to fakt, że ze względu na niechęć wychodzenia na przysłowiową ”pańcię”, nie przyznaję się do strasznej alergii na kurz, no i końską sierść. Mam ją od lat. Dlatego nie mogę czyścić koni. Po wyczyszczeniu Andaluzji podczas całej jazdy leje mi się z nosa i oczu a na rękach mam pełno pęcherzy uczuleniowych. Na koniec dostaję trochę duszności.

Po rozsiodłaniu koni, najpierw biegnę do pokoju po leki i jak już mogę oddychać wracam na dół, żeby omówić z Andrzejem, już w tym momencie nie Panem – tylko Instruktorem Swojakiem ;) – kolejne jazdy. Niestety muszę poprosić o zwolnienie mnie z konieczności czyszczenia koni, co na całe szczęście jest to przyjęte ze zrozumieniem. Chociaż Andrzej mówi, że właściwie ze względu na alergię nie powinnam jeździć. To prawda, ale radzę sobie z moim uczuleniem od lat -pod warunkiem unikania bezpośredniego kontaktu z kurzem, sianem i sierścią konia, fruwającą wraz z kurzem dookoła  podczas czyszczenia. Pytam jeszcze o miejsca do sfotografowania ptaków. Okazuje się, że można obserwować ptaki tutaj praktycznie wszędzie – nad rozległymi stawami i łąkami.

Zmykamy z Kasią do pokoju. Prysznic i wspólna kolacyjka, rozpoczynająca lampką białego wina ten, jak mamy nadzieję, fantastyczny czas wakacji z rumakami :)

Czas spać. Pierwsza noc w stadninie pod lasem przepełniona jest cichym parskaniem koni i stukotem kopyt, dochodzącym spod sufitu. Kołyszą nas te dźwięki i napełniają spokojem…

I dzień

Od rana mamy już nie treningi zapoznawcze, ale na serio. Andrzej przygotowuje mi Zandi – mam zmianę konia na ciut bardziej sportowego :D. Poprzestaję na pogłaskaniu Zandi po jej pięknej szyi i daniu smakosza. Jeżeli już nie mogę konia oswajać ze swoją osobą poprzez przygotowanie do jazdy, to muszę przynajmniej w ten sposób. Trochę czułości dobrze robi każdemu stworzeniu :)

Rozpoczynam trening i już po kilku minutach czuję, absolutny brak wytrenowania właściwych mięśni. Nic to, że człowiek biega, chodzi po górach, nurkuje, nosi ciężki szpej nurkowy na sobie zmierzając do morza – gdy jeździsz konno potrzebujesz bocznej pracy łydką w docisku do konia, pracy mięśniami krzyża w dosiadzie, luźnej, stabilnej ręki nad karkiem konia i stabilnych barków. Po paru kółkach kłusem i dwóch galopem w każdą stronę – dyszę jak lokomotywa.

Czemu pewnie z lekkim politowaniem, ale uważnie przygląda się Pan Instruktor ;)

W sumie jednak, jak na taką przerwę i tak jest nieźle…

Natomiast muszę się rozebrać z bluzki z długim rękawem… – Zandi rozgrzała mnie na całego ;D

Ciężko, nie ciężko. Sapię, nie sapię – powrót po czterech latach w siodło napełnił mnie absolutnym szczęściem :)

Po mojej jeździe do dzieła przystępuje Kasieńka. Od początku bardzo uważnie i bez zniecierpliwienia słucha instruktorskich uwag.

Jak widać Ikar taką cierpliwością pochwalić się nie potrafi – raz po raz grzebie kopytem, jakby mówił “chcę galopować a nie stać i słuchać nudnych przemów” ;D

Ale kogo jak kogo – Pana Andrzeja słuchać trzeba, więc oprócz grzebania kopytem, ani nie fiknie ;D

A już za chwilę może sobie z Kasieńką pogalopować :D

Kasia, która w odróżnieniu ode mnie, woli skakać z konikiem przez przeszkody, niż męczyć się w ujeżdżeniu – przechodzi do części skokowej treningu…

Na początek jednak Andrzej serwuje Kasi podskoki małe ;)

Ponieważ trening był udany, to Kasia z Ikarem dostają w nagrodę – rozprężenie poza halą. Sama przyjemność :D

Po treningach jesteśmy tak zmęczone, że praktycznie dopełzamy do pokoju. Szybki prysznic i ja decyduję się runąć na łóżko, i spać, spać, spać… Kasia runąwszy na łóżku, w tym samym stylu co mama , decyduje się jednak na pogaduszki z towarzystwem na forach wszelakich. Tak nam mijają dwie godzinki, zwlekamy się z łóżek i wleczemy się na obiad – czujemy się jak drewniane laleczki. Stan mięśni – masakra…

Obiadek dzisiaj jest również pyszny… Kasia jedząc prawie zasypia nad talerzem, ale ja pomimo obolałego ciała, nabieram ochoty na fotografowanie w terenie i poznanie okolic stadniny. Na moją propozycję spaceru na łąki, celem poobserwowania ptaków i poznania przyrody Roztocza, Kasia wznosi oczy do nieba i błagalnym tonem mówi – Maaamuuuś… No coś Ty… Ja chcę spać!… Ok :) Buziaczek dla zmęczonej córeczki, biorę lufę i postanawiam wybrać się w miejsce, o którym mówił mi wczoraj Andrzej. Nie jest to daleko, około 2 kilometry, ale muszę wrócić na trening o godzinie 18.00, więc chcąc jak najwięcej czasu spędzić już w docelowym miejscu nad rozległymi stawami i łąkami, postanawiam podjechać samochodem.

Jak tylko wjeżdżam, za ostatnimi, miejscowymi domkami, w polną drogę pomiędzy polami – uderza mnie piękno krajobrazu Roztocza. Póki co jeszcze z pogranicza człowieczego i pozaczłowieczego.

Zostawiam samochód na końcu polnej drogi i ścieżką przez mały leśny zagajnik, wychodzę na pierwszą polanę. Tam od razu widzę dwie czaple – siwą (Ardea cinerea) i białą (Ardea alba) :D
Niestety, nieprzyzwyczajone do obecności człowieka, nie dają do siebie podejść bliżej, tylko wystraszone odlatują…

Idę dalej przez dużą łąkę, nad którą polują myszołowy – myszołów zwyczajny (Buteo buteo).

Pod polującymi myszołowami, w poszukiwaniu popołudniowej przekąski, spokojnie spaceruje bociek – bocian biały (Ciconia ciconia),

Idę wzdłuż stawów. Spomiędzy szuwarów zrywają się kaczki krzyżówki (Anas platyrhynchos).

Dalej idę już pomiędzy stawami, przedzierając się ścieżkami porośniętymi chaszczami. Zanurzam się w wszechobecne tutaj – ciszę i spokój…

Na stawach nie ma ptaków, ale jest przepięknie…

Dostaję na Whats Upa informację od Pana Męża z drogi na wybrzeże. Pan Mąż nie zamierzając siedzieć w domu, gdy Pani Żona się bawi ;), jedzie z Panem Maćkiem do Gdyni na kurs sternika morskiego, z manewrami po Bałtyku. Co po ostatnich naszych przejściach na żaglach, wydaje się być niezłym pomysłem…

Przesyłam parę fotek z tego cudnego miejsca, w którym się znajduję tzn. z chaszczy ;D – tytułując ”Siejsko, wiejsko, przyjacielsko. Piknie :D”. Dostaję lakoniczną odpowiedź od Pana Macieja, preferującego jednak urocze miejscowości z przytulnymi knajpkami – “Ładny krajobraz”. Ładny krajobraz?!… Tutaj jest przepięknie!… I śmieję się w odpowiedzi Whats Upowo – “Jak mówię pikny, to pikny! I piknie zachaszczony…” ;D

Chowam telefon, żeby mnie nie rozpraszał. Postanawiam usiąść pod drzewem na środku łąki i poczekać na jakieś ptaki, które może dadzą się z bliższej odległości sfotografować, gdy przyzwyczają się do mojej obecności. 

Daleko, na granicy łąki i lasu, widzę czaplę białą.

Nadlatuje bociek.

Wysoko nad głową przelatuje stado czapli siwych…

Chciałabym poczekać dłużej, ale w oddali zaczyna być słychać grzmoty a niebo robi się z jednej strony przepiękne w swojej przedburzowej odsłonie światło-cieni, ale z drugiej mówiące – lepiej stąd zmykaj…

No to zmykam, z absolutnym postanowieniem powrotu nazajutrz o wschodzie słońca – burza na otwartej przestrzeni nie jest najlepszym pomysłem. Gdy wsiadam do samochodu już pada na całego…

Przed stajnią siedzi z Andrzejem Łukasz, który przyjeżdża raz na jakiś czas z Pomorza, gdzie mieszka. Gdy przyjeżdża, to pracuje w stadninie pomagając czynić to miejsce, jak najpiękniejszym i jak najlepszym dla koni oraz jeźdźców :)

Opowiadam, jaki piękny czas miałam na popołudniowym poznawaniu okolic Roztocza Dąbrowy Tomaszowskiej. Mówię, że jedynym minusem jest fakt, iż ptaki są jednak wyczulone na obecność człowieka i reagują płochliwością. Na co Łukasz pokazuje mi zdjęcia młodego myszołowa z późnej wiosny, którego sfotografował z odległości 1,5 metra, w otaczającym stadninę lesie. Myszołów nie uciekał, tylko spokojnie pozwalał a właściwie pozwalała (to dziewczynka) się obfotografowywać, cierpliwie czekając na pieńku po ściętym drzewie, na karmienie krążących bezpośrednio nad nią rodziców… 

fot. Łukasz Kozak

To się nazywa mieć szczęście :) Myszołówka jest prześliczna. Szczególnie zachwycają mnie jej błękitne oczy…Trochę a nawet bardzo zazdroszczę Łukaszowi takiego spotkania. Ale prawda jest też taka, że są ludzie lasu, do których zwierzaki jakby same wychodzą, i których się nie boją. Nieraz już opisywałam takie osoby, żyjące w zgodzie z naturą i blisko natury, niezmiennie się nimi zachwycając. Tym ich byciem, tak po prostu, w przestrzeni poza potocznie zwaną cywilizacją, pełną szumu, cybernetyki, budynków i shoppingu…

Idę do pokoju, budzę Kasię, pędzę na trening – zrobiło się naprawdę późno. Po moim treningu zaczyna jeździć Kasia, tym razem ma na ujeżdżalni towarzystwo dziewczynki jeżdżącej w tutejszym klubie. Dziewczyny dogadują się fajnie i trening przebiega bez zakłóceń, tylko ręka Kasi jest cały czas za nisko i nasz Guru Instruktorstwa się denerwuje… Poza ręką widać, że Kasia rozjeżdża się coraz bardziej.

I wraz z rozjeżdżaniem się Kasi, przeszkody do pokonywania rosną a ”podskoki” z wcześniejszych małych, stają się nie całkiem małe ;D Co oczywiście napełnia moje matczyne serce trwogą…

W pewnym momencie Kasia stępem przejeżdża koło miejsca, z którego obserwuję jazdę i pokazuje mi, że z palców leje się krew, pomimo rękawiczek :o Cicho jęczy – nie dam rady. Mówię przełóż wodze pomiędzy środkowy a wskazujący palec, zamiast mały a serdeczny. Kasieńka tak robi. Ale już za chwilę słyszy – Kasiu, jak Ty trzymasz wodze. No i tyle z mamusiowego pomysłu. Boli, nie boli. Krew się leje, krew się nie leje – wodze trzymać trzeba prawidłowo. Konie to nie jest sport dla miękkich ludzi… A ponieważ moja Kasia do takich nie należy, to zaciska zęby i jeździ dalej prawidłowo trzymając wodze… Żal mi jej bardzo, ale z drugiej strony jestem dumna i myślę – moja dziewczynka…

Zyskiem podstawowym z każdego kolejnego treningu, jest coraz mniej w spojrzeniu Pana Instruktora Andrzeja ”przyjechały pańcie…” ;D

A tak poważnie mówiąc – to trafił nam się tutaj instruktor z naprawdę wysokiej półki. Treningi z Panem Andrzejem, to ciężka praca i olbrzymia przyjemność :)

Po jazdach nie mamy z Kasieńką na nic sił – jemy szybką kolację, oglądamy zdjęcia i filmiki z treningów, a zaraz potem zmykamy spać. Moja jazda poranna jest o 8.00 rano – muszę się wyspać a córcia też ziewa na całego. Pomimo wszystko nastawiam budzik na 5.40 – chcę pójść na wschód słońca. Na łąki i stawy…

II dzień

Budzik dzwoni – wyglądam przez okno i już wiem, że mogę jeszcze trochę pospać. Mży, jest pochmurno –  z fotografowania nici… W sumie z ulgą wracam do łóżka  – po trzech treningach, czuję się cała obolała. Budzę się ponownie po godzinie siódmej, jem małą bułkę, żeby nie mieć zbyt pełnego żołądka i pędzę na trening. Wychodząc budzę Kasię – obydwie przy każdym kroku jęczymy… Ale humory nam dopisują. Uwielbiamy jeździć konno a wspólna obolałość jest w sumie zabawnym dodatkiem ;) Niezależnie, czy masz lat dużo, czy mało jak dajesz sobie w kość, to pocierpieć musisz… ;)

Rozpoczynam jazdę, na której idzie mi całkiem dobrze do momentu galopu. Podstawowym moim problemem na dzisiejszym treningu, staje się przełamanie strachu przed szybszym galopem. Lubię wolny, równy, zebrany galop a Andrzej – szybciej, rozhulaj ją. Nie! – odkrzykuję kategorycznie. No, nie spotyka się to ze zbytnim zadowoleniem ze strony Guru… Na moje kategoryczne – Nie! Słyszę równie kategoryczne – Dajesz! Plus odpowiednio pomachanie za koniem batem – na co Zandi wybija jak strzała… O Matko… Jakoś daję radę zrobić parę kółek równym tzw. rozhulanym galopem – co doprowadza mnie praktycznie do utraty oddechu.

Ale w końcu daję radę :)

Pan Instruktor jest jako tako ze mnie zadowolony a ja jestem zadowolona i z Zandii, i z jazdy, i z siebie. No i oczywiście z Pana Instruktora :D 

Zandi zasługuje na poklepanie po karku i ciepłe słowa pochwały…

A konie pochwały uwielbiają :)

No i w tym ogólnym zachwycie, prawie przewracam się ze zmęczenia, gdy zsiadam z konia :D

Kolej na Kasię. Kasia dzisiaj ma problemy – to czwarta jazda i chyba ma jakiś kryzys. Ikar jej nie słucha, ręka dalej za nisko. Andrzej się denerwuje, Kasia ma płacz na końcu nosa – nie jest dobrze…

Kasia rzuca w pewnym momencie, ze to z Ikarem dzisiaj coś jest nie tak… No to Pan Instruktor postanawia pokazać Kasieńce, że z rzeczonym powyżej rumakiem jest wszystko ok… Dosiada Ikara i…

I bardzo szybko udowadnia mojej córeczce (której mi nota bene jest żal, ale siedzę w kąciku cichutko – tutaj muszę oddać pełną jurysdykcję Panu Instruktorowi), że z koniem jest wszystko ok. Jednak już widzę, że Kasi wyraz twarzy z załamanego zaczyna przechodzić w zdeterminowany, co od razu odbija się na poprawie w relacjach z Ikarem. A jak relacje ulegają poprawie, to wszystko idzie od razu lepiej. Tak samo jest i w człowieczym, i w zwierzęcym świecie…

Kasia schodzi po jeździe z konia mokrusieńka. Wracamy do pokoju i jak myślicie co robimy z córeczką – od razu idziemy spać. Mamy wrażenie, że cudem udaje nam się wziąć prysznic i dopełznąć do łóżek.

Pobudka na obiad, po obiedzie wracamy do łóżek. Znowu zasypiamy. Pobudka. Tym razem rozpoczyna Kasia. Ma jazdę na godz. 17.00. Pierwszy na parkurze poza halą. Zrobiła się ładna pogoda, świeci słońce, więc jest szansa na ładne zdjęcia…

Na Kasię w stajni przed jazdą czeka niespodzianka. Dosłownie i w przenośni – zmiana konia na pięknego wałacha o imieniu Surprise. Koń, na którym nasz Pan Instruktor jechał Gran Prix klasę C :)

Kasia jest zachwycona. 

Z drugiej strony jednak widać, że respekt czuje – konik ma sporo koników pod ”maską” ;D Jak już się rozhula, to jest co w ręce i dosiadem trzymać.

Andrzej nadal nie jest zadowolony z ręki Kasi. Przekazuje jej informację, że jak nie podniesie wyżej ręki, to ją ściągnie z konia. To na moją córeczkę działa natychmiast i stara się na trzymaniu ręki skoncentrować.

W końcu się Kasieńka z Supricem pięknie zgrywa i cały parkur bez problemu pokonuje…

Nawet się doczekuje pochwały instruktorskiej, co wywołuje u mojej córki wyraz twarzy pełen szczęśliwości. No i po porannym kryzysie nie pozostało, ani śladu :)

A po udanym treningu zawsze jest dobrze porozmawiać z koleżanką z parkuru :)

Szczęście, szczęściem – jednak widać, że trening do łatwych nie należał…

 

Mój trening odbywa się już na hali, zaczyna pomału zmierzchać – zrobiła się prawie godzina dziewiętnasta. Tym razem konia przygotowuje mi Kasieńka. Kasia uwielbia kontakt z końmi wszelaki i nie przeszkadza jej, że jest zmęczona. Byłoby inaczej, gdyby sytuacja wymagała posprzątania pokoju, ale wyczyszczenie konia w opinii mojej córeczki – to sam relaks ;D

Jazdę popołudniową mam całkiem udaną i kończę dzisiejszy dzień na ujeżdżalni wesoło machając końskim ogonem ;D

To pierwszy wieczór, kiedy nie pędzimy z Kasią spać, tak szybko, jak skończyłyśmy jazdy, tylko postanawiamy spędzić wieczór przy grillu organizowanym przez Andrzeja, a na który po moim treningu zaprosił nas Łukasz. Bierzemy nasze białe winko – bo jako grzeczne dziewczynki, póki co wypiłyśmy z niego po dwa kieliszki, więc w butelce jeszcze sporo zostało i siadamy przy stole przylegającym do ściany stajni. Jemy pyszne kiełbaski, ja piję winko, Kasia małe piwko, panowie też piwko. Poznajemy Huberta, który właśnie przyjechał, żeby zajmować się dzieciakami na obozie jeździeckim zaczynającym się od soboty i pomału, wraz z parskaniem odpoczywających koni, zaczynają ciągnąć się opowieści, z jednej strony Andrzejowe – końskie a z drugiej Łukaszowe –  różnozwierzęce. Czyli czas opowieści dla nas przepięknych… :)

Andrzej opowiada trochę o swojej drodze zawodowej – prowadzeniu stajni w Bieszczadach, gdzie pod ogrodzenie podchodziła co wieczór piękna wilczyca, wpatrując się hipnotyzująco w dom, w którym Andrzej mieszkał. I o odgłosach dzikiego świata zwierząt –  niedźwiedzich, wilczych, jelenich… O tworzeniu dobrego zastępu koni i dobrego domu dla nich. O pokonywaniu szczebli kształcenia – i tutaj moja Kasia dostaje prawdziwą opowieść, o tym jak niełatwo w świecie osiągnąć to czego się pragnie – w sensie i studiów, i ogólnym. Jak dużo trzeba włożyć wysiłku, żeby dostać się na wymarzone studia i jak potem praca z końmi nie jest łatwa. Jak wiele od człowieka wymaga. A także na czym w rzeczywistości powinna praca i życie z końmi polegać. Albo masz serducho do koni – mówi Andrzej – albo tylko liczysz słupki, zbierając z koni kasę i nic Ci na dłuższą metę z tego nie wyjdzie…

Oj znamy takie ”słupkowe” miejsca – nie są one dla koni szczęśliwe…

Po poważnych rozmowach egzystencjalnych zaczynają się Łukaszowe  opowieści wesołe – z Pomorza. O pięknym Parku Słowińskim nad jeziorem Sarbsko. O Dydusiu, co dzikiem kochanym przez tatę Łukasza był. A Dyduś dzikiem był super. Przygarnięty jako mały warchlaczek przez Pana Tatę Łukaszowego, wzięty do domu – pokochał rodzinę a szczególne Pana Tatę całym swoim dzikowym serduchem. Ale Dyduś, jak to dzik, rósł jak na drożdżach i stał się potężnych rozmiarów Panem Dzikiem, o dzikowej fantazji.  Chodził z Panem Tatą do lasu i chodził za Panem Tatą do kościoła. W lesie brykał jak psiak pomiędzy drzewami i jak psiak (co nieco duży ;) ) był oswojony.  I tak pewnego razu lasem jechała Pani Jadzia na rowerze z bańką od mleka pełną żurawiny, w pocie czoła od świtu zbieranej. A tu Dyduś zza krzaka za Panią Jadzią bieży. Na co Tata Łukasza krzyczy – Jadźka nie uciekaj! Ale Jadźka wystraszona co sił uciekać na rowerze próbuje. Niestety wywija koziołka razem z rowerem, co kończy się utratą wszystkich zbiorów. Tata Jadźkę z ziemi zbiera, Jadźka wkurzona na całego… A Dyduś?… A Dyduś woląc się nie narażać zwiał do domu… ;D Tata nazajutrz, by ułagodzić Panią Jadźkę, dwie bańki skarbów leśnych nazbierał – jedną żurawiny, drugą borówki czarnej i z tymi skarbami za swojego rozbrykanego pupila przepraszał ;D

Innego razu Dyduś wszedł na jezioro skute lodem, no i lód się pod Dydusiem załamał. Tata przybiegł do domu i błaga o pomoc. No to Łukasz biegnie, na lód się kładzie i Dydusia targa, targa, aż wytargał. A nasze dziczysko ukochane w te pędy do domu i przed kominek. Pan Tata ręcznikami Dydusia wyciera, żeby biedaczysko zapalenia płuc nie dostał, a Dyduś pochrumkuje  z zadowoleniem… Jak sobie wyobrażam Dydusia przed kominkiem, wycieranego ręcznikiem, to łzy rozbawienia kapią mi po policzkach. Tym bardziej, że Pan Łukasz opowiadać potrafi… :D

Pan Tata Łukasza ogólnie zwierzęta kocha i zawsze jakieś biedaczysko do domu przynosi. Swego czasu i liska przyniósł a lisek jak się zdrowotnie ogarnął, to Pani Mamie – żonie Pana Taty, perliczki z pudełka powyjadał (biedne, małe perliczki :o). Skończyło się łomotaniem ścierką w Pana Tatę przez Panią Mamę i bezwzględnym nakazem wyniesienia lisa do lasu ;D

Dyduś-rozrabiaka zresztą też do lasu na stałe wrócił i tylko czasem jeszcze do Pana Taty zagląda. Dla bezpieczeństwa po lesie hasa z pomarańczową obróżką, żeby go lokalni myśliwi nie ustrzelili – bo ufne to jest dziczysko i jeszcze prosto pod lufę wyjdzie. Także pamiętajcie, jeżeli gdzieś w Parku Solińskim dzika z obróżką pomarańczową zobaczycie – to to jest Dyduś. Wołać go nie wołajcie, bo to jednak dzik jest. Ale uśmiechnąć się do jego historii możecie – z zachowaniem wytycznych zgodnie z poniższym wierszykiem ;)

”Dziadzio dzisiaj widział dzika.
Dzik dziś sobie w lesie bryka.
Może dziwne się to wyda,
widzieć dzika wielka bieda.
Dziadek jednak się nie biedzi,
tylko w krzakach cicho siedzi.
Cicho siedzi widząc dzika,
potem w tył z lasu umyka.
Bo, gdy widzisz w lesie dzika,
cicho siedź a potem zmykaj…”

                                                                                               Z dedykacją dla Pani Jadzi ;D

Umieszczam tutaj zdjęcie dzika – dzik euroazjatycki (Sus scrofa). Nie jest to co prawda Dyduś, ale tak wyobrażam sobie Dydusia przygotowującego się do wielkiej gonitwy za Pani Jadzią ;D

fot. Andrzej Myczkowski

Dziękuję pięknie Andrzejowi Myczkowskiemu za zgodę na umieszczenie zdjęcia jego autorstwa :)

Wieczór był super. Razem z Kasią popłakane ze śmiechu zmykamy koło północy spać… Uwielbiam przebywać z ludźmi, którzy żyją blisko natury. Natury, którą i kochają, i rozumieją…

III dzień

Pomimo tego, że poszłyśmy późno spać mobilizuję się, żeby wstać na wschód słońca. Nadal czuję się jak drewniana laleczka, ale biorę ciepłą herbatę do termosu, dużą bułkę i dokładnie o 5.49 wychodzę przed stajnię. Świt  pomalutku zaczyna już na złoto malować świat …

Konie też już nie śpią. Parskając i raz za razem cicho rżąc – czekają na śniadanie.

Wsiadam do auta, jadę w dobrze mi już znane miejsce na granicy łąk, przy stawach i cała zanurzam się w świt. Jak zawsze o tej porze budzącego się dnia odczuwam absolutny spokój – tylko ja, cisza i światło… Jest pięknie…

Pierwsze na niebie pojawiają się gołębie.

Potem na drzewie przeciąga skrzydła czapla biała.

By za chwilę już szukać jedzenia w trawie. Dołącza do niej koleżanka – dobrze jeść śniadanie w towarzystwie ;)

Nad łąka unosi się opar, w którym rozprasza się światło coraz wyżej wspinającego się po niebie słońca.

Światło migoce  w porannej wilgoci, wilgoć błyszczy na trawie a po trawie w czerwonych kaloszach dostojnie to kroczy, to przystaje bociek – jak to w Polsce o tej porze roku boćki w zwyczaju mają ;)

Nieopodal przelatuje czapla siwa.

Jest zimno – około 9 ºC.  Wracam powoli do samochodu, muszę się pospieszyć, ponieważ dzisiaj mamy jazdy wcześniej – ja o 8.00 i o 11.00, Kasia o godz. 9.00 i 12.00. Więcej ptaków dzisiaj już nie sfotografuję i chociaż nie było ptaków tak blisko, żeby zdjęcia były wyraźne – nie szkodzi i tak poranek był przepiękny.

Poprosiłyśmy o wcześniejszą godzinę drugiej jazdy, ze względu na planowaną wycieczkę do Zamościa. Ta na specjalne życzenie Dziadka Staszka, który w okresie  swojej służby wojskowej (w czasach, gdy jeszcze zasadnicza służba wojskowa była obowiązkowa) tutaj stacjonował.

Wracając zatrzymuję się jeszcze przy polach, na których pięknie wyglądają rosnące całymi połaciami łąkowe kwiatki.

Po powrocie, szybko się przebieram i biegnę na jazdę. Wychodząc budzę Kasię, która otwiera oczy jęcząc, że wszystko ją boli. Tak, przy intensywnych treningach po tak długiej przerwie stajesz się obolałą , drewnianą laleczką niezależnie od wieku ;)

Dzisiaj na moich jazdach ćwiczę ustępowania a ponieważ bardzo lubię, taką pracę nad szczegółami technicznymi jazdy – to sprawiają mi one dużą przyjemność. Chociaż do perfekcji wykonania, lub chociaż poprawności, nadal jest mi bardzo daleko. A przecież kiedyś, nie miałam z tym żadnych problemów – wzdycham w myślach i dalej pracuję. Czuję, że nie jest to to , co chciałabym uzyskać i ”jest nieźle” Pana Instruktora – nic a nic mnie nie pociesza. W drugiej części treningu dostaję jakiejś dziwnej kontuzji mięśni w okolicy lędźwiowej kręgosłupa… W galopie prawie płaczę… Z chwili na chwilę jest coraz gorzej – widzę, że Andrzej się denerwuje. Ale ja naprawdę przy każdym kroku konia w galopie zwijam się z bólu. Proszę o przerwę. Muszę zsiąść z konia. Zandi cierpliwie czeka, ale podczas jazdy czuje słabość mojego dosiadu i nie bardzo słucha. Koniec końców muszę zrezygnować z galopu i zostać na samym kłusie anglezowanym, w którym nie jestem przez Zandi tak wybijana, jak w galopie. Kończę jazdę naprawdę zmartwiona, ponieważ jeżeli czegoś nie wymyślę, będę musiała przerwać treningi. Nie należę jednak do osób łatwo odpuszczających, postanawiam po treningu Kasi a przed drugim moim nauczyć ją techniki masażu Grastona, która jest świetna w rehabilitacji urazów mięśniowych i dedykowana między innymi sportowcom.  A na pewno coś jest zdecydowanie nie tak… Wytrzymuję do końca treningu – chociaż ledwo…

Kasi jazda na Surprisie przebiega super. Rękę trzyma zdecydowanie lepiej i w ogóle widać, że Kasieńka doszła już praktycznie do pełnej formy oraz, że pod okiem i ręką  świetnego instruktora robi z dnia na dzień duże postępy… :D

Po treningach przeprowadzam szybkie szkolenie Kasi z zakresu masażu za pomocą trzonka od noża. Kasia przystępuje  do pomocy matuli z pełnym zaangażowaniem ;D Wykonuje masaż perfekcyjnie a ja już po paru minutach czuję ulgę – ale mam zdolne dziecko :D

Okazuje się, że drugą jazdę będziemy mieć z Kasią razem – w terenie. O jazdę terenową prosiłyśmy od początku przyjazdu, ponieważ nie ma nic przyjemniejszego, niż galopowanie po rozległych łąkach, czy spokojne przedzieranie się lasem przez chaszcze na grzbiecie konia…

Dobrze, że czuję się dużo lepiej – mięśnie trochę puściły. Wygląda na to, że ten dzień będzie dniem bardzo blisko natury – świt na łąkach a teraz Roztocze konno. Jestem zachwycona :) 

Na jazdę w teren proszę jednak o drobinę spokojniejszego konia, z mniejszą ilością ”koników pod maską”, niż Zandi. Nie czuję się pewnie z moim stanem pleców. Dostaję śliczną siwulkę – Miodulka.

Śliczna jest, ale przyprowadzam ją z padoku totalnie wytarzaną w błocie… Kasia po osiodłaniu czyściutkiego, przyprowadzonego ze stajni Surprisa, prawie załamuje ręce nad Miodulką. No bo to Kasieńka musi moją brudaskę wyczyścić – ja raczej bym tego alergicznie nie przeżyła ;D

Po wyczyszczeniu przez Kasię  i osiodłaniu przeze mnie mojej klaczy możemy ruszać w drogę. Najpierw zanurzamy się w las.

Z lasu wyjeżdżamy pomiędzy pola.

A potem już na łąki, gdzie spędziłam poranek fotografując świt. Na łąkach najpierw spokojnie kłusujemy, 

aż do granicy największej polany, gdzie witają nas boćki – jest pięknie :)

Boćki trochę nami spłoszone wzbijają się do lotu.

Boćki wzbijają się do lotu a my do galopu ;) Galopujemy po tej pięknej polanie i jest cudnie. Miodulka niesie bardzo miękko i chociaż odczuwam kontuzję, to ból nie jest na tyle duży, żeby nie cieszyć się galopem, szumem pędu w uszach i pięknem roztocza…

Jak widać po Surprisie –  galopy na łąkach były udane ;D

Wracamy spokojnie przez pola i wieś do stadniny. Tam rozsiodłanie koni – Miodulka nie może wrócić do swojego błotka, ponieważ już czekają na nią dzieciaki. Ściągam jej tylko siodło i czaprak, żeby odpoczęła i wyschła na grzbiecie. Mocno się spociła pod siodłem. Daję Miodulce smaczka w podziękowaniu za jazdę

i biegnę pod prysznic. Kasia musi jeszcze zadbać o kopyta Surprisa, który będzie miał teraz przerwę, i żeby się nie ochwacił, trzeba kopyta schłodzić…

Kiedyś napisałam wierszyk o Kasi i jej koniku, do mojej książeczki z wierszykami dla dzieci i jak patrzę na Kasię chłodzącą  kopyta Surprisa, to od razu wersy mi się w głowie pojawiają :)

Kasia i konik

,,Kasia małego konika ma,
bardzo o swego konika dba.
Czesze mu ogon i grzywę gęstą,
myje kopytka, smaruje pastą.
Daje mu owsa i świeżą wodę,
potem zaprasza na wspólną przygodę.
Jadą na pola, konik kłusuje,
po leśnej ścieżce zaś galopuje.
Kasia radośnie konika głaszcze
i świetnie skacze przez wieeelkiee chaszcze.
Konik wesoło rży, trochę bryka,
sarenka z dróżki szybko umyka.
Na koniec w stawie chłodzą kopytka,
dba Kasia bardzo o swego konika :)”

Dla córeczki, która bardzo dba o zwierzęta i kocha konie
Mama :)

Taka jest właśnie moja córeczka :)

Kasia wraca, bierze prysznic. Czas ucieka szybciej, niż byśmy chciały. Musimy się pospieszyć, żeby nie powitać Zamościa o zmroku – zrobiła się już godzina 15.00. Szybko się przebieramy, pędzimy na obiad do Dworku i jedziemy. Mamy do przejechania z Dąbrowy Tomaszowskiej do Zamościa 32 km. A Zamość Dziadka Staszka czeka :D

Najpierw czeka a potem wita nas naprawdę ładną starówką z ratuszem, na którego schodach młode pary mają w zwyczaju robić sobie zdjęcia ślubne :)

Kamienice otaczające rynek mają na elewacjach piękne zdobienia

a ponieważ pogoda jest w kratkę tzn. raz słońce, raz trochę mży – to gra światło-cieni wydobywa jeszcze bardziej urodę zamojskiego rynku i jego bocznych uliczek…

Trochę bawimy się z Kasią robieniem zdjęć sobie wzajemnie na środku rynku…

Co niektórzy na rynku bawią się zgoła inaczej – zabawa pod wodną kurtyną, jak widać, jest przednia i dla małych

i dla dużych ;D

Trzeba też wspomóc grajków umilających czas człowiekom, którzy w tym miejscu zrobili sobie chwilę przerwy od gonitwy dnia codziennego :)

Idąc płoszymy wszechobecne , na każdym rynku gołębie.

Wybieramy małą knajpkę i spędzamy miłą godzinkę nad pysznościami… Te pyszności to najpierw deser – mrożona kawa z lodami i bitą śmietaną, plus ciacha. Ja wybieram ciastko bezowe z truskawkami a Kasia szarlotkę.

Po deserze robi nam się ciut za słodko, więc zamawiamy, już w innej knajpce, na odsłodzenie krewetki. Pyszne :D

Czas mija nam spokojnie i wesoło.

Nad kamienicami widać, jak w oddali pada deszcz malując razem ze światłem na niebie piękne smugi.

Dzień pomału chyli się ku wieczorowi, postanawiamy przejść się na wały otaczające stare miasto. Wchodzimy przez bramę ze zwodzonym mostem, na którym Kasia postanawia pofikać – jakby było mało fikania przez przeszkody ;D

Idziemy na widoczny z tego miejsca wygięty w łuk most.

Po drodze urządzamy sobie sesję zdjęciową – Kasia od zawsze jest moją najlepszą modelką :D

Ale mamie też się coś należy ;D

Jeszcze chcę! Woła Kasia, ściągając ze mnie mój płaszcz. Norma u dzieci małych i dużych ;D

Sesja przenosi się na most…

Na tym moście zakochani mają w zwyczaju, jak widać, zamykać symboliczne kłódki…

Słońce zaczyna zachodzić a my co prawda kłódek nie mamy i ukochanych naszych tutaj też nie ma, ale nie przeszkadza to nam się na chwilę zawiesić myślami… Każda z nas nad swoimi. Mówić o nich, ani nie musimy, ani nie trzeba…

Z braku ukochanych robimy sobie córciowo-mamine selfi.

I jak to zwykle bywa po chwili zadumy – można się znowu powygłupiać i poszaleć ;D Pokazując bidulkowate palce, obdarte od wodzy :o

Które oczywiście nie przeszkadzają poszaleć ;D

Dzień się kończy pięknym zachodem słońca – jarzącym się złotym pomarańczem i czerwienią.

Wracając z Zamościa umawiamy się z Kasią, że jutro, pomiędzy treningami, pojedziemy nad jezioro z piaszczystą plażą – na Majdan Sopocki. Żeby popływać i spędzić ten ostatni dzień wspólnego wyjazdu z jednej strony jak najpiękniej, a z drugiej trochę jednak wypoczywając…

Gdy parkujemy pod stadniną jest już zupełnie ciemno, zrobiła się godzina 22.00. To był naprawdę super dzień…
Dobranoc :)

IV dzień

Przedostatni dzień naszych wspólnych, konnych wakacji rozpoczynamy, jak zwykle od jazd porannych. Przed jazdą proszę Kasię o rozmasowanie mięśni pleców i biegnę do stajni, gdzie czeka na mnie już osiodłana przez Andrzeja,  Zandi. Jadę na halę i zaczynam trening. Czuję, że dzisiaj będzie dobrze. I tak jest :) Chociaż nie od początku… Na początku mam trochę problemów z reakcjami Zandi na moje oddziaływania – szczególnie łydkami.

Zandi jest bardzo fajnym koniem, wrażliwym na pomoce, ale trochę ostatnio nabrała ciała i łydką trzeba naprawdę mocno pracować. Mam w pewnym momencie wrażenie, że moja łydka nic a nic nie działa. A łydkę i dosiad raczej zawsze miałam niezłe – w sensie pracy z koniem ;D 

Gdy zaczynam wyglądać na co nieco bezradną – Andrzej się lituje i poprawia co nieco, i co nieco więcej w mojej łydkowej mordędze ;D

Spokojnie tłumacząc. Dodatkowo nasz Pan Instruktor jest dzisiaj w naprawdę w dobrym humorze, to energia i do mnie, i do Zandii płynie bardzo pozytywna :)

A wszystkiemu przygląda się z zaciekawieniem, z kolan Kasi, mały kotek. Jakby chciał miauknąć – eee tam łydka… Można by pazurkami ;D

No tak, na pazurki to Zandi na pewno od razu by zareagowała ;D

W końcu wytężona praca i wskazówki trenera – przynoszą rezultaty 

Ja dobrze zaczynam oddziaływać pomocami a Zandi też grzecznie na pomoce reaguje i pracuje w skupieniu ;D

Ustępowania i ciągi wychodzą mi, a właściwie nam – całkiem nieźle…

I w galopie też jest super…

Czuję się fantastycznie :D

Uśmiech na twarzy jeźdźca jest ważny

Ale zadowolenie na twarzy trenera – jest najlepszą nagrodą :D

Gdy pod koniec jazdy przeszywa mnie ból pleców, już wiem, że z drugiego treningu dzisiaj muszę zrezygnować. Chcę, żeby pozostały mi wspomnienia właśnie z tej ostatniej jazdy na Zandi – najlepszej jaką miałam podczas całego wyjazdu. Dziękuję Zandi

i kończymy jazdę. Jutro rano chcemy z Kasią jeszcze raz pojechać w teren, ale to już na Miodulce.

Prowadzę Zandi to stajni i robię sobie zdjęcie z moją towarzyszką zmagań halowych…

Pokochałam tą klaczkę…

Jednak nie całą jazdę moja córeczka i Pan Instruktor kotwiczyli uwagę na mnie. 

Trochę uwagi im zabrały – towarzyszący jak zwykle Kasi kotek

i gość specjalny – ważka ;D To samiec żagnicy sinej (Aeshna cyanea).

Tutaj na ręce Andrzeja – czyżbyśmy przechodzili na trenowanie ważek?… ;D

Zaraz po mnie trening rozpoczyna Kasia. Tutaj już nie ma co opowiadać – wystarczy popatrzeć :D

Nagroda?… Oczywiście rozprężenie na trawie :D A jak rozprężenie, to rozprężenie. I Surprise, i Kasieńka rozprężają się na całego ;D

:D

Wracamy do pokoju i mówię – to szybko się ogarniamy i nad jezioro :D A tutaj uśmiech schodzi z twarzy Kasieńki i następuje milczenie… Nie wiem o co chodzi… No to pytam – co się stało Kasiu?… Cisza. Nie chcesz jechać?… Cisza… Kasiu umawiałyśmy się przecież, że dzisiaj pojedziemy nad jezioro… Odpowiedź niezbyt grzeczna pada – Ty się umawiałaś. No i widzę, jak na moich oczach foch narasta… Mam ostatni dzień z końmi i nie chcę nigdzie jechać. Przecież jazdę masz dopiero o godz. 18.00 – tłumaczę… No i dalej milczenie plus buzia z fochem. O, Matko…  Stwierdzam, że nie będę Kasi zmuszać do jechania ze mną, ale też nie zamierzam z wyjazdu rezygnować. Idę do Andrzeja, zamawiam Kasi jeszcze jedną jazdę – jestem mamą i chcę, żeby córeczka była szczęśliwa a trudno w przypadku 18 lat oczekiwać – i vice versa, gdy z jednej strony młody człowiek czuje się jednak trochę nie w porządku a z drugiej nie chce swojego odpuścić. No tak to już w życiu bywa – żeby przestać mieć zapędy egoistyczne, trzeba zostać mamą ;D

Dlatego zamawiam tą dodatkową jazdę i otrzymuję w zamian – nie musiałaś ;D  To już jest co prawda przesada, ale – ok… Mówię – baw się dobrze, pakuję rzeczy i idę do samochodu. Nie zamierzam stać przy parkurze i robić zdjęć córeczce – chociaż byłyby na pewno super, ponieważ pogoda a co za tym idzie światło do zdjęć jest dzisiaj perfekcyjne. Zamierzam dobrze bawić się w swoim własnym towarzystwie. Jednak trochę mi żal tego ostatniego córciowo-maminego dnia wakacji…

Wyrzucam troski i focha Kasieńki z głowy, i jadę w kierunku Majdanu Sopockiego Pierwszego – wsi w gminie Susiec powiatu tomaszowskiego, oddalonej od Dąbrowy Tomaszowskiej o 23 km, gdzie znajduje się zalew z kąpieliskiem i piaszczystą plażą.

Po drodze postanawiam kupić nowy zeszyt dla blogowych notatek. Szukam sklepiku a znajduję mały staw z kaczkami krzyżówkami – no to szybkie parę fotek ;)

Zawracam i w końcu znajduję mały wiejski sklepik z asortymentem wszelakim. Jak to w małych wiejskich sklepikach bywa. Zeszyty też są, ale żaden mi nie pasuje. Do blogowych, podróżniczych zapisków zeszyt musi być odpowiedni – musi do Ciebie przemówić. I nagle grzebiąc po półkach, na samym spodzie zeszytów znajduję taki, co do mnie zagadał. Okładkę ma dżinsową – jak znalazł do opisywania szwendania się wszelakiego ;D

Mam notatnik, więc teraz już prosto do wsi Majdan Sopocki Pierwszy. W myślach mam piaszczystą plażę nad zalewem, o której opowiadał mi Andrzej, kąpiel i chwile odpoczynku z moim nowym notesem i moimi myślami… Wysiadam i już wiem, że ani stroju kąpielowego, ani ręczników nie będę wyciągać – po drugiej stronie drogi, przeciwlegle do plaży widzę coś co zaczyna przyciągać mnie jak magnes…

Piękne zielone przestrzenie z błyszczącą wodą, białą czaplą w w oddali i… I mnóstwem chaszczy… A jak wiadomo szwendać się po chaszczach uwielbiam ;D

Pytam się pana z parkingu, którędy można te piękne okoliczności przyrody spenetrować… Słyszę odpowiedź – czarnym szlakiem. Brzmi nieźle ;) Biorę moją lufę, plecak i w drogę – nie oglądam się nawet na kuszącą plażę. Ponieważ absolutnie mnie ona już nie kusi ;)

Najpierw nie zamierzam dawać Kasi znać dokładnie, gdzie jestem – niech się pomartwi, jak mnie dłużej nie będzie… Ale już za chwilę zmieniam zdanie. Zawsze powtarzam dzieciakom, że mają dokładnie mówić, gdzie się wybierają – tak na wszelki wypadek… Dla bezpieczeństwa. Rodzina powinna wiedzieć, gdzie się podziewają jej członkowie… Grzecznie, więc wysyłam smsa, gdzie jestem i którędy zamierzam przemierzać Roztocze. Dostaję okejkę i zaraz potem wyruszam.

Idę wzdłuż rozlewisk. Potem pomału zanurzam się w las

i podążam zgodnie z oznaczeniami czarnego szlaku.

Jest cicho i pięknie. Na szlaku nie ma nikogo. tylko w koronach drzew co jakiś czas odzywają się ptasie trele. Za chwilę też widzę na jednej gałęzi małego drozda śpiewaka (Turdus philomelos),

który przekrzywia ciekawsko łebek, gdy mnie zauważa, jakby pytając – a co tutaj człowieki robią?… 

Po chwili obserwacji drozda śpiewaka idę dalej i z lasu wynurzam się na rozległe przestrzenie całe porośnięte trawami i trzcinami. Piękno tego miejsca praktycznie mnie przytłacza. Oddycham cicho i tylko patrzę…

Idę dalej, cały czas wzdłuż rozlewisk. Ktoś by powiedział, że chaszcze tu, chaszcze tam. Nic ciekawego i ciągle to samo… Nic bardziej mylnego… Za każdym zakrętem rozciąga się inny widok.
To bardziej zarośnięty,

to bardziej skrzący lśniącym lustrem wody.

Obrazy i cisza. Czuję się jak w świątyni….

W pewnym momencie widzę, że szlak odchodzi od rozlewisk i coraz bardziej oddala się od miejsca, do którego jednak muszę wrócić. Zrobiłam już 3 kilometry i ciągle się oddalam. Póki co idę spokojnie, jeszcze dłuższy czas lasem. Fotografując leśne skarby.

Na ściółce czerwieni się gołąbek wymiotny (Russula emetica).

Obok pięknie płoży się mech (Bryophyta).

Dalej samotna późnoletnia jagoda – borówka czarna (Vaccinium myrtillus).

No i oczywiście paprocie – orlica pospolita (Pteridium aquilinum), na której pięknie opiera się, rozproszone przez korony drzew, światło.

Jest też wilcza jagoda (Atropa belladonna) – dobrze jest dzieciom od razu pokazać w lesie tą roślinę i nauczyć, rozróżniania z innymi jagodami. Wilczej jagody w naszych lasach jest sporo a jest przecież bardzo niebezpieczna…

I po borówce czarnej, i po wilczej jagodzie widać, że lato już chyli się do jesieni…

Oczywiście rozróżniania trujaków też uczymy – te najładniejsze są absolutnie do fotografowania, a nie do jedzenia ;D

Tutaj muchomor czerwony (Amanita muscaria) z pięknymi, białymi kropkami.

Dalej znowu gołąbki: ametystowy, lazurowy (Russula azurea),

podpalany (Russula adusta). Gołąbek podpalany co prawda wg atlasu grzybów jest gatunkiem niby jadalnym, ale ma blaszki, nie jest pieczarką, kurką, ani kanią, więc dla mnie trujak ;D

i jakiś grzyb trudno powiedzieć, jaki – ale niejadalny na pewno. Umieszczam go ze względu na zdjęcie, które mi się podoba. 

A na niejadalną dokładkę ;D śliczna grzybówka hełmiasta ( Mycena galericulata)

Kończę fotografować grzyby, żeby poświęcić chwilę pięknym o tej porze roku wrzosom… Wrzos pospolity (Calluna vulgaris).

Pomału zaczynam się jednak rozglądać za miejscem, gdzie mogłabym pójść w prawo. Tak, żeby obejść rozlewiska z drugiej strony – nie chcę wracać tą samą drogą… Robi się trochę późno. Jest już po czwartej i zaczyna się chmurzyć. Lepiej nie przesadzać. Nie mam mapy a na komórce 5% baterii. Dochodzę w pewnym momencie do rozwidlenia dróg – szlak pokazuje w lewo, natomiast na azymut – wracając do plaży powinnam pójść w prawo.

Tylko, czy ta droga na pewno mnie tam zaprowadzi?… Nagle zza zakrętu po prawej stronie wyjeżdża para na rowerach – w wieku ok. 60 lat. Ona śliczna, on z długimi włosami, cały wytatuowany – przemierzają leśne ścieżki na góralach… Tym razem ucieszyłam się z napotkania człowieków w mojej samotni. Pytam, czy dojdę tędy do plaży. Tak – odpowiadają człowieki radośnie. A my tędy dojedziemy? – pytają. Nie chcemy tą samą drogą wracać. Tak! – odpowiadam równie radośnie. Dodając – jak się cieszę, ze Państwa spotkałam… Nie mam mapy, komórka ledwie łapie zasięg i kończy mi się bateria. To tak jak my – śmieją się. Dobrze, że spotkaliśmy Panią. Wesoło się żegnamy i zmierzamy w tym samym kierunku, ale odwrotnie ;D

Idę najpierw szeroką leśną drogą, jeszcze zatrzymując się nad buszującym w żółtych kwiatkach  trzmielem drzewnym – (Bombus hypnorum)

Jeszcze zdjęcie pięknie kwitnącej jasnoty purpurowej (Lamium purpureum)

i postanawiam zejść z drogi, żeby iść bliżej rozlewisk – licząc na jakieś ptaki.

Zrobiło się bardzo duszno, słońce praży a w oddali zaczyna być słychać grzmoty. Zaczynam się martwić, że w lesie dopadnie mnie burza. Postanawiam przyspieszyć. Ale tylko postanawiam, ponieważ idąc bliżej rozlewiska wpadam w straszne chaszcze. W pewnym momencie ani wprzód, ani w tył… 

Próbując przedostać się przez gąszcz z mnóstwem ostrężynowych, najeżonych kolcami pędów ranię się boleśnie w palec.

Na dodatek co chwilę muszę się wyszarpywać… Czuję, że mam poharatane całe nogi i ramiona…

I nic nie pocieszają mnie sporadycznie jeszcze kwitnące świeże pędy…

Muszę zejść nad samą krawędź wody i jakoś się przedostać – jest bardzo grząsko. Grząsko i pięknie…

Niestety nie ma w ogóle ptaków i grzmi coraz bardziej… Może się wszystkie pochowały, czując zbliżający się armagedon pogodowy. Już nawet nie słychać świergotu w koronach drzew. Cisza, powietrze stoi, robi się coraz ciemniej. Udaje mi się wydostać na pagórek nad rozlewiskiem – widok jaki się rozciąga przed moimi oczami z jednej strony mnie zachwyca, a z drugiej w odniesieniu do tego co widzę na niebie, napełnia niepokojem.

Nie wiem gdzie jestem i jak daleko mam do samochodu… No dzieciaki – proszę nie brać z mamusi przykładu… Na resztce baterii wysyłam Panu Mężowi smsa, żeby kontaktował się z Kasią, jeżeli nie dam za dwie godziny znać, że jestem bezpieczna w samochodzie, gdy podłączę się do ładowarki samochodowej. Podaję mniej więcej położenie, gdzie jak myślę jestem i komórka mi pada…

Idąc ponad rozlewiskiem znajduję dziko rosnącą mirabelkę – owocującą pięknymi żółtymi owocami…

Zjadam parę śliwek – smakują nieziemsko…

Znajduję również ślady bytowania człowieków :( – znaczy idę w dobrym kierunku…

Nagle trafiam na przeszkodę, którą muszę pokonać – płot jakiegoś opuszczonego ośrodka. Jest tabliczka zakaz wstępu, ale muszę go złamać. Nie mogę szukać nowej drogi. No to hop przez płot, praktycznie biegiem pokonuję cały obszar ogrodzony płotem – a nie jest mały. Znowu hop przez płot i trafiam na wygodną, szeroką leśną drogę, którą dochodzę do drogi asfaltowej i świata cywilizacji… ;D A wygląd nieba mówi mi, że była to już najwyższa pora…

Pytam panią wchodzącą do domu przy drodze, którędy mogę dojść do plaży – okazuje się, że to jeszcze około 1,5 kilometra… Nic, przyspieszam. Ale gdy jestem już w miejscu, z którego widzę główną drogę, postanawiam zejść jeszcze nad rozlewiska i tędy dojść do parkingu… Cieszę się, że podejmuję taką decyzję, ponieważ znajduję piękny zakątek z kaczkami krzyżówkami, które po części odpoczywają na drzewie

a po części zażywają poobiedniej kąpieli – zupełnie nie zwracając uwagi na zbliżającą się burzę…

Dalej dostrzegam jeszcze czaplę białą, która co prawda jest daleko i szybko odlatuje, ale udaje mi się ją sfotografować :)

Na sam koniec, gdy już praktycznie jestem 100 metrów od drogi widzę czaplę siwą,

która spokojnie siedzi na tym samym zwalonym drzewie, na którym na początku mojej wędrówki, z drugiej strony rozlewiska, sfotografowałam czaplę białą. I tak kończę przygodę z czarnym szlakiem i czarnym szlakiem odwrotnie ;D Który już czarnym szlakiem nie był… ;D Pędzę do samochodu i… I patrząc na zalew, znowu czuję kuszenie…

Jestem zgrzana, zmęczona, jest strasznie duszno… Co prawda grzmi strasznie, ale widzę, że na plaży niektóre człowieki dopiero się pakują a ratownicy jeszcze są na posterunku, więc dlaczego nie?… – myślę. Bardzo proszę dzieciaczki nadal nie brać przykładu z mamusi… ;D. Biegiem do samochodu przebieram się szybko w strój kąpielowy, zostawiam lufę, i znowu biegiem w ręczniku na plażę i do wody… Boże… Jak cudownie. Pływam, nad głową słyszę grzmoty, w oddaleniu pojawiają się pierwsze błyskawice, ale jeszcze nie nade mną… Jeszcze chwilę i… Kurczę nie wzięłam aparatu a gra światła na chwilę przed rozpętaniem się burzy jest fantastyczna. Wyskakuję z wody, zawijam się w ręcznik – biegiem do samochodu. Biorę aparat do fotografii podwodnej i wracam z powrotem do wody – dzieci wiecie co… Absolutny zakaz takiego zachowania!… Przepraszam za absolutnie pozarozsądkowy przykład zachowania się Waszej Matuli… Ale Matulę znacie i wiecie, że naśladować nie należy – oczywiście jeżeli chodzi o maminowe szwendanie się po okolicznościach wszelakich natury… ;D

No to znowu wskakuję do wody – ratownicy dziwnie przyglądają się pańci, która miota się pomiędzy wodą a parkingiem – to około 250 metrów odległości… 

Musiałam wyglądać dziwnie ;D

Ale w końcu mogę sfotografować tą burzową odsłonę popołudnia z Roztoczem z samego lustra wody…

No teraz to już nie ma żartów – pioruny zaczynają uderzać nad samym zalewem… Zwiewam do samochodu. Na parkingu już nikogo nie ma, więc szybko się przebieram pod ręcznikiem (tak na wszelki wypadek, jakby ktoś znienacka się jednak pojawił ;) )  i dokładnie w momencie, gdy odpalam silnik spada na mnie ściana deszczu… A pioruny biją raz za razem tak, że robi się biało… Czas zmykać – podłączam telefon do ładowarki. Daję znać Panu Mężowi, że jest ok – ledwo się zmieściłam w wytyczonych poprzednim smsem ramach czasowych… Jest też zatrwożony sms wcześniej sfochowanej córeczki – Gdzie jesteś Mami?… Straszna burza jest u nas… Ciesząc się, że córcia jednak się o mnie martwi, odsyłam smsa okejkowego plus informację, że już wracam… 

I z uśmiechem na twarzy, z głową przepełnioną obrazami Roztocza jadę w burzy w kierunku Stadniny Pod Lasem… :)

Przyjeżdżam. Mojemu dziecku foch przeszedł i nawet słyszę małe przepraszam… Oki – jeden foch na cały wyjazd praktycznie się nie liczy ;D

Patrzę za okno a tam…

Jak w piosence Czerwonych gitar – “Ciągle pada…”

Martwię się, ponieważ miałyśmy na poranek zaplanowany pożegnalny teren a tutaj?… “Ciągle pada…”

Kasia zbiera się na ostatni trening na hali (pod warunkiem jutrzejszego terenu). Postanawiam iść córeczkę pofotografować – jako, że zostałam przeproszona i przytulona. A wiadomo, że mama daje się przeprosić – chociaż myślę, żeby czasami się nie dać ;)

Idę pomału do stajni jest 19.00 – konie już jedzą kolację…

I leniwie wyczekują pory snu…

Okazuje się, że Kasia dostała na wieczorną jazdę Diablo – wałacha mocno idącego do przodu i skocznego… Na początku jest trochę przerażona, ale w skupieniu pracuje nad zgraniem się z nim.

W tle ze swoim koniem zgrywa się Hubert ;D

Pomału Kasia przyzwyczaja się do Diablo a Diablo do Kasi i po chwili już fruwają nad przeszkodami… Dosłownie fruwają… Ponieważ niezależnie, czy przeszkoda jest niższa,

czy trochę wyższa –

Diablo bierze je z dużym zapasem. Bo Diablo, jak na Diablo przystało, po diabelsku pędem przeszkody pokonuje -w końcu imię zobowiązuje ;D

Ja patrzę z jednej strony na Kasię z trwogą, a z drugiej z podziwem… Niesamowicie skacze…

A na swojego Tatę patrzy synuś Andrzeja – fajnie mieć takiego Tatę… Co go wszyscy słuchają i Ci co siedzą na koniach i konie… Mega ten mój Tata – widzę w oczach synusia :)

Fajnie mieć takiego synusia widać w oczach Mamusi, wypełnionych miłością…. Uwielbiam to zdjęcie – pomimo tego, że jest niewyraźne, ale miłość pokazuje z absolutną wyrazistością… Piękne jest, bo miłość jest pięknem niezaprzeczalnym w naszym życiu… 

A kotek przygląda się i podsypiając pewnie myśli – fajne te człowieki… ;)

Po treningu podchodzi do mnie Andrzej i mówi – jak przyjechałyście, to myślałem, że Kasia to taka lalka… A to twarda sztuka jest… Mówiłam Ci – odpowiadam, uśmiechając się z dumą do Pana Instruktora i ciepło w stronę rozprężającej Diablo Kasieńki…

Kasia podjeżdża i cicho mówi – ale było mega…

No było – potwierdzam :D

Zdjęcia z hali są niestety jakości marnej, w odróżnieniu od jakości samego treningu, ale naprawdę nie można używać flesza – to by mogło z Diablo i innych koni zrobić prawdziwe Diaaablooo ;D

Koniec treningu. Jest już zupełnie ciemno. Ledwo stoję na nogach, ale Kasia nie chce iść spać – żal jej każdej chwili. Jutro przecież wyjeżdżamy… 

Córeńka, tak więc bierze się za widły i podściela konikom,

i owsa im podsypuje :)

W końcu jednak zaciągam córcię do łóżka – trzeba jednak trochę się przespać. Jest po jedenastej a trening jest umówiony, jak zwykle na ósmą rano… Niestety chyba nic nie wyjdzie z terenu na pożegnanie – ciągle pada…

Zasypiamy ukołysane szumem deszczu zza okna i cichym poparskiwaniem koni spod podłogi…

V dzień – zakończenie

Budzę się przed siódmą i… I oczom nie wierzę…. Za oknem jest piękny świt… Nie pada… Słońce tylko rozprasza się w oparze wilgotnego jeszcze powietrza…

No i pożegnamy Roztocze konno :D

Ja jadę na Miodulce, Kasia na Suprisie. Jedzie z nami jeszcze Hubert :)

Na początku znowu wjeżdżamy las przy stadninie

Ale potem w lesie już jedziemy inną, niż poprzednio drogą.

Światło pięknie gra cieniami…

Wyjeżdżamy na pola.

Chwilę jedziemy ścieżką pośród wysokich, kwitnących traw – pięknie się złocą…

Potem spokojnie stępujemy wzdłuż stawów… 

Gdy zagłębiasz się w naturę na grzbiecie konia, czujesz się jeszcze bardziej z nią związanym, jakby bycie jeszcze bliżej, jeszcze pełniej… Jakby mniej człowieczo…

Wyjeżdżamy w końcu na znane już nam polany…

A co się robi na polanach?… Na polanach się galopuje :D

A po galopie, co niektórzy zadowoleni z galopowej przygody i z dobrze wykonanego zadania – po żołniersku salutują ;D
To Hubert :D

No i nadszedł czas na powrót – oczy, nawet przyzwyczajonego do tych widoków Andrzeja, jeszcze opierają się na polach. Może w zamyśleniu a może tak po prostu…

To był piękny teren….

I piękne pożegnanie z Roztoczem… Przynajmniej na ten moment… 

Wyjeżdżamy na asfaltową drogę prowadzącą bezpośrednio do stadniny.

Jeszcze patrzę na plantację malin – nadal owocują…

i już jesteśmy. Witają nas brykające fryzy ;)

 

Teraz jeszcze tylko szybki prysznic, wrzucenie byle jak rzeczy do toreb. Ostatnia mała chwila z końmi w stajni… Jeszcze jeden smakosz, albo dwa… Absolutnie się należy ;D

Jeszcze przytulenie kota…

no i wakacje z rumakami się skończyły… :)

Kasia słyszy od Andrzeja – mogłabyś zostać. Jeszcze byśmy poskakali… A moja córcia?… A moja córcia musi wracać – chłopak czeka, znajomi i wakacyjna praca… Ale rozdarta jest strasznie… Mówię – jak chcesz to zostań. Przyjadę po Ciebie za tydzień… Nie mogę – mruczy Kasiek pod nosem… Ściskamy się ze wszystkimi. Mówimy sobie – do zobaczyska i w drogę… Wsiadamy do samochodu a w samochodzie łezki ciekną Kasieńce po policzkach… Oj, jeszcze dzieciuch z tej mojej dorosłej córeczki. I na całe szczęście… :)  Zresztą mi też jest jakoś tak miękko i mała łza w oczach mi się zakręciła… Szczególnie, gdy jeden z fryzów zaczął galopować przy ogrodzeniu ostatniego z padoków w momencie, w którym przejeżdżałyśmy… Jakby na pożegnanie…

Takie już są dziewczyny w naszej Rodzince – twarde i miękkie… Ale czy to źle… Myślę, że właśnie bardzo dobrze… Serce mamy a kiedy trzeba dajemy radę… 

Jedziemy do domu. Na początku jeszcze w milczeniu, każda pochłonięta własnymi myślami.

Ja podsumowuję ten wyjazd – jaki był?… Na pewno bardzo intensywny. Powrót do jazdy konnej nie należy do łatwych. Ale obydwie z Kasią dałyśmy radę – co w przypadku Kasi nie dziwi, ale w moim dziwić może… ;) Mozolne treningi na hali pod czujnym okiem instruktora i z cennymi instruktorskimi radami. Praca nad sobą, praca nad koniem. Zmęczenie, radość, duma z córki fruwającej nad przeszkodami, no i co by nie mówić – trochę strachu, gdy córcia fruwała ;) Wieczór z opowieściami o koniach i dziku Dydusiu. Zaduma nad trudem osiągania tego czego pragniesz i śmiech do łez…
Chwile sam na sam z córeczką, poza naszymi chłopakami – czas, który na zawsze schowam sobie w jednym z kącików serca… :) A do tego chwile z Roztoczem, które cały czas mam przed oczami – czas w cieniu lasu, czas nad zalanymi słońcem rozlewiskami, z ptakami, tymi nad głową i tymi w szuwarach, z aparatem przy oku – w trudzie wędrówki, czy z grzbietu Miodulki. Tak to było pięknych pięć dni i na pewno w to cudne miejsce wrócimy…

 

Komentarze

fotoeskapady

17 grudnia 2018 o 18:51

Dziękuję bardzo… :)

Andrzej

17 grudnia 2018 o 17:42

Fajnie się czyta!!!

Dodaj coś od siebie i skomentuj ten wpis!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *