NaturaPodróżePolskaRodzinaZima

Bieszczady – podążając tropami…

2702.2019

 

Początek

Kolejna fotoeskapada i kolejne marzenie – zimowe Bieszczady.

Jedziemy w zestawie – ja i mój nowy obiektyw ;) plus: Pan Mąż i nasza najmłodsza latorośl – Kuba oraz Pan Brat Robert z dziećmi – Sonią i Igorem. 

Tym razem, oprócz bezsprzecznego piękna bieszczadzkich gór, które spotkamy podczas tej eskapady na pewno, liczymy na spotkanie z żubrami a ja jeszcze po cichutku marzę o wilku i rysiu… Wiadomo, że tutaj nie ma żadnej pewności, ale marzyć można ;)

Wyjeżdżamy na cztery dni i wg prognoz, pogodowo ten czas zapowiada się całkiem dobrze. Ma być słonecznie. A słoneczna pogoda, jak wiadomo powszechnie, dla fotografii jest wymarzoną. Jedyny minus to ocieplenie, które panuje od kilku dni w całej Polsce i pomału zaczyna również wpływać na warunki panujące w górach. Pan Przewodnik – Jurek, który ma razem z nami przemierzać górskie szlaki w poszukiwaniu bieszczadzkich kadrów, przekazuje nam, że przy ociepleniu zwierzyna może iść wyżej w góry i głębiej w lasy. Zobaczymy… Wiadomo podchody w naturze, to nie wycieczka do ZOO i nigdy nie wiesz, czego się spodziewać. 

Wyjeżdżamy w piątkowy  poranek. Jest pochmurno, a skutki panującego od kilku dni wyżej wspomnianego ocieplenia widać już na praktycznie bezśnieżnych polach.

Droga nas prowadzi. Na horyzoncie widzimy coraz więcej wzniesień.

A im bliżej Dołżycy (wieś w gminie Cisna) – miejsca, w którym mamy się zatrzymać –  tym śniegu jest więcej. To oczywiście cieszy nas niezmiernie :D

Tylko niebo jest zachmurzone. Czyżby prognozy zapowiadające słońce, miały się nie sprawdzić?…

Jednak 20 kilometrów przed Cisną chmury pękają

i wjeżdżając do naszej wsi mamy już przepiękne błękitne niebo :D

Dojeżdżamy do domku “Uroczysko Leśne”, gdzie od pół godziny czeka na nas Robert z dzieciakami.

Domek położony jest przepięknie u podnóża góry

a z jego tarasu roztacza się widok na malowniczy staw…

Szybko rozpakowujemy bagaże. Jesteśmy głodni. Gdy wychodzimy z domku, żeby pojechać coś zjeść, podjeżdża Pan Gospodarz – jak się okazuje w dobrym momencie, ponieważ możemy zasięgnąć informacji na temat jakiegoś sprawdzonego miejsca na obiad. Słyszymy, że najlepszym wyborem będzie karczma ”Paweł nie całkiem święty ” w Wetlinie, oddalonej od Uroczyska o jakieś 12 kilometrów. Decydujemy się pojechać – 12 kilometrów to nie tak daleko…

Karczma okazuje się być doskonałym miejscem do zjedzenia obiadu, czy też przerwy w podróży. Ani przez moment nie żałujemy w/w kilometrów ;D

Słoiki ze swojskim zakwasem na żur kuszą jeszcze przed wejściem.

Napis na tablicy, jak i sama nazwa karczmy – świadczą o poczuciu humoru właścicieli.

Nie dość, że właściciele mają poczucie humoru, to jeszcze góry kochają. Mapa Bieszczad wita nas u progu a papierowe mapy bieszczadzkich szlaków można wziąć sobie do stolika.

Paweł nie całkiem święty czeka na nas z sercem w dłoni i pilnuje, żeby każdy gość co w karczmie nalewek rodzimych skosztuje, mógł sprawdzić, czy aby mu troszkę w dalszym podróżowaniu te naleweczki przeszkadzać nie będą ;D

Dary natury zebrane latem i jesienią cieszą tutaj oczy, a jeżeli ktoś sobie zażyczy, to również podniebienie. 

Wystrój jest wiejski, sielski, przyjacielski :D

 

Ludzi, jak na dobrą restaurację przystało – jest mnóstwo. Musimy poczekać na stolik około 15 minut – godzina 16.00, dla wielu człowieków jest porą obiadową. Warto jednak poczekać – jedzenie w tej restauracji jest wyśmienite :)

Jem barszcz szczawiowy z przepiórczym jajkiem i pstrąga, Mati placki po zbójnicku i kwaśnicę, Robert też barszcz i do tego żeberka, Sonia oscypki z żurawiną i frytki a nasze młodsze chłopaki wcinają panierowane kurczaczki. Zamawiamy jeszcze  herbatę z różanym syropem i wodę, jak kto woli. Wszystko jest przepyszne i podane naprawdę szybko. Nie czekaliśmy na zupy nie dłużej, niż 10 minut a na drugie danie około 20 minut. Nie ma co się dziwić, że karczma ” Paweł nie całkiem święty ” cieszy się takim powodzeniem…

Wracamy do Leśnego Uroczyska i wieczór spędzamy rodzinnie. Kuzynostwo najpierw we własnym zakresie. Kuba przygotowuje dodatkowo swój sprzęt do focenia, który przejął ode mnie, gdy ja zmieniłam na troszkę wyższą półkę optyczną…

A potem grając w UNO z Panem Wujkiem i Panią Ciocią – w zależności, o którym z kuzynów jest mowa ;)

 

Co niektórzy jeszcze chwilkę musieli popracować…

Kończymy jednak wieczór grając wszyscy razem – nawet Sonia dołączyła. Dla piętnastolatki rodzinne granie w UNO niekoniecznie musi być atrakcyjną formą spędzania czasu ;D

A potem już pora do spania…

Dla co niektórych pobudka jest o godzinie 4.30… Tzn. dla Pana Męża, Pana Brata i dla mnie – Pani Żony, lub Pani Siostry. Znowu zależnie od tego, z której strony by spojrzeć… ;D

Mówimy dobranoc i za chwilę?….

I dzień, sobota, godz. 4.30.

Dzień dobry ;D

Małe śniadanie, gorąca herbata do termosów, plecaki, aparaty fotograficzne i już jedziemy. Najpierw do Muzeum Przyrodniczo-Łowieckiego ”Knieja” w Nowosiółkach po naszego Pana Przewodnika – z Dołżycy mamy do Nowosiółek 28 kilometrów (około pół godziny) . A potem już prosto do puszczy.

Pierwsze zwierzaki, które widzimy w oddali, na polanie znajdującej się w okolicy osady Jabłonki – to żubry :D Dwa byki. Jest to dla nas duża niespodzianka i trochę, a właściwie trochę bardzo się ekscytujemy – Tak od razu?… Żubry?… Przecież tyle co wyjechaliśmy z Niewosiółek… Nie minęło więcej, niż 15 minut i mamy żubrowe spotkanie! Super :D

Żubr europejski (Bison bonasus).

Wysiadamy. Staramy się podejść żubry rozległą polaną… Nie ma się gdzie ukryć, więc byki oczywiście nas zauważają.

Chwilę nam się przyglądają. Mam wrażenie, że większy z byków patrzy mi prosto w oczy… I jest to wrażenie niesamowite. Jest mroczno, dookoła żubrów wszystko paruje. Czas się jakby zatrzymał…

I nagle czas się budzi – byki zaczynają odchodzić. Najpierw idą spokojnie, a zaraz potem odbiegają galopikiem. Ale nie za szybkim… Szybki galop w mniemaniu dostojnych Panów Żubrów byłby pewnie kompromitacją ;D

Na wzgórzu, gdzie jest trochę więcej światła – jeszcze na chwilę przystają. Rzucają ostatnie spojrzenie w naszym kierunku…

I ostatecznie znikają.

To moje pierwsze spotkanie z żubrami. Jestem zachwycona i chociaż warunki fotograficzne przed wschodem słońca były słabe, to obrazy, które pozostały w mojej głowie, są wyraziste i pełne emocji… No i zarówno moje, jak i chłopaków apetyty na bieszczadzkie spotkania, po tym żubrowym – absolutnie wzrosły :)

Jedziemy dalej, do następnej polany. Wysiadamy. Rozglądamy się. Ale więcej żubrów nie widzimy. Zastanawiamy się, czy nie poczekać na wschód słońca. Jednak stwierdzamy, że dzisiaj szukamy zwierząt, więc nie ma co czekać. Gdy nastanie pełny dzień – zwierzaki się pochowają ;)

 

Także robię tylko jedno zdjęcie jaśniejącego powoli nieba i już wracamy do samochodu.

Podjeżdżamy w miejsce, gdzie zdaniem naszego Pana Przewodnika powinniśmy spotkać jakieś zwierzaki. I w sumie spotykamy, tylko że tropy zwierzaków.

Trop jelenia.

Trop wilka.

Tropy żubrów – większego

i mniejszego.

Zwierzaków nie ma, ale możemy sobie wyobrazić, jak tędy przechodziły…

Słońce powoli wspina się po niebie i złotem błyszczy zza drzew…

Pan Jurek, nasz przewodnik, próbuje nawoływać wilki.

Niesamowicie naśladuje wilcze wycie.

Ale wilki mają nas w nosie ;D , więc pozostaje nam pojechać dalej.

Dojeżdżamy do zaśnieżonej polany i idziemy ją spenetrować.

Robimy kadr za kadrem budzącego się dnia.

 

Każdy w swoim świecie obrazów i ciszy…

Zdj. Pan Brat @psiajucha6

Zdj. Pan Mąż @yodatatoo

Gdy jedni napawają się pięknem krajobrazu, drudzy wypatrują zwierzaków – Pan Mąż z Panem Jurkiem.

Krajobraz strzelony – czas na zmianę broni. Pan Brat zmienia obiektywy z krajobrazowego na zwierzakowy ;)
Jak widać nie musi przerywać marszu dla tej czynności. Trochę na zasadzie – Kowboj przeładowuje gana 

 

i przymierza się do strzału ;D

Kowboi, jak widać mamy pod dostatkiem…

Kowbojek zresztą też… ;D

Zdj. Pan Mąż @yodatatoo

Z tego poziomu łatwiej namalować fotograficznie np. skrzącą się śniegową polanę…

Którą oczywiście można zatrzymać w kadrze również z innego poziomu…

Gany mamy jak się patrzy ;D

Zdj. Pan Mąż @yodatatoo

Tylko, gdzie te żubry, wilki, jelenie… ;D

Zdj. Pan Mąż @yodatatoo

Lornetki nadal zwierzaków szukają…

       

A aparaty fotograficzne, z braku powyżej wymienionych, strzelają pejzaże rozciągające się z bieszczadzkich polan…

  

I tropy zwierzaków co tutaj były i sobie poszły…

My zresztą też wracamy do samochodu. Trzeba poszukać tych co tropy pozostawiają… 

Idę trochę z tyłu. Potrzebuję chwili samotności – dla wyciszenia, którego zawsze w naturze szukam.

Pochylam się nad zmrożonym kwiatostanem marchwi polnej i zamrażam go w czasoprzestrzeni…

Marchew zwyczajna (Daucus carota)

Dołączam do chłopaków i jedziemy dalej…

Pan Brat bawi się trochę w off-road. Gdzie nie gdzie da się przejechać,

a gdzie nie gdzie już nie…

Jadąc powoli wypatrujemy zwierząt pomiędzy drzewami.

A Pan Jurek opowiada nam o Bieszczadach. O tym, że żyje tutaj bardzo dużo wilków, które polują przede wszystkim na jelenie. Że jest dużo żubrów, saren i nawet można spotkać rysia… Pan Jerzy jest myśliwym. Trudno mi się z tym pogodzić – wolałabym szukać zwierząt z leśniczym co nie zabija. Z drugiej strony nasz Pan Myśliwy, wypowiada się o polowaniu w sposób, który nie jest pozbawiony mądrości ludzi lasu. Nie ma mowy o strzelaniu do zwierząt z ambon, pod którymi, w linii strzału, wcześniej zwierzaki były przyzwyczajone do podkarmiania. Nie ma mowy o strzelaniu z samochodu. Masz zwierzę podejść i położyć jednym strzałem, tak żeby nie zdążyło się wystraszyć. Broń ma być celna i zwierzę ma być od razu zabite a nie uciekać ranne. Polujesz tylko dla mięsa, a trofeum w sensie np. poroża jest tylko dodatkiem – nie odwrotnie. Nie ma zabijania dla niby koniecznej regulacji populacji zwierząt, gadania o dobrostanie dla lasu, czy hamowaniu rozprzestrzeniania się chorób prawdziwych lub wyimaginowanych…  

Ja zwierzyny dzikiej nie jem, ale z drugiej strony nie jestem wegetarianką a proces hodowli wiadomo jaki jest… Co jest lepsze?… Każdy musi sam się do tej sprawy odnieść. 
Celowemu mordowaniu dla trofeów, zabawy, korzyści majątkowych, niszczeniu całych gatunków, kłusowaniu, męczeniu zwierząt – mówię kategoryczne nie. Podejściu myśliwych takich jak Pan Jurek, będę uprawniona do powiedzenia nie, dopiero wtedy, gdy zrezygnuję z jedzenia mięsa. Natomiast, ze względu na nietolerancję białkowych zastępników typu soja, czy komosa – jest to dla mnie trudne. Chociaż mentalnie bardzo chciałabym wykluczyć mięso z mojej diety. I tak sobie stoję na tym rozdrożu swoich rozterek. Z moimi pytaniami i poszukiwaniem odpowiedzi… A że znalezienie tych najwłaściwszych odpowiedzi, nigdy nie jest proste i trudno patrzeć biało-czarno, gdy życie ma tak wiele odcieni szarości – to pewnie będę szukać zawsze i zmieniać zdanie tak samo często, jak często stanowczo twierdzę, że zdania nie zmienię ;)

A żeby zmniejszyć ciężar gatunkowy powyższych rozważań, przytoczę tutaj przygodę sprzed lat pewnego myśliwego z Kanady. Rzeczony Pan Myśliwy upolował łosia. Łoś, jak to łoś – lekki nie jest. Myśliwy wraca do domu po quada do przyciągnięcia łosia – wytropiłem sam, upolowałem sam, to sam do domu muszę przytaszczyć. Wraca, a tutaj łoś zniknął, widać tylko ślad po ciągnięciu zwierzyny i ślady miśka tzn. niedźwiedzia grizzly . Co zrobić, trzeba krok za krokiem przez knieję miśka tropić. A ponieważ grizzly świeżego mięsa nie jedzą, to Pan Myśliwy łosia znajduje i miśkowi z powrotem zwija ;D Jedynie rodzinka myśliwego nie była zachwycona, ponieważ  grizzly potrafią się mścić za odebranie zdobyczy i przyjść w nie do końca dobrych zamiarach do domu człowieków. Tylko?… Tylko czyja to była zdobycz?… ;D Ot i tą historią zakończę moje myśliwskie rozważania :) 

W każdym bądź razie, my polujemy tylko z aparatami fotograficznymi i w końcu mamy okazję do fotograficznego upolowania pierwszego jelenia – to młody szpicak.
Jelonek nie stoi zbyt blisko – około 20-30 metrów, ale udaje mi się zrobić jakieś dopuszczalne jakościowo zdjęcia.

Jeleń szlachetny (Cervus elaphus).

Przygląda się nam spomiędzy drzew. Widać jego szpicaki, które są dosyć długie, co wg naszego przewodnika, świadczy o dobrym genetycznie jeleniu, który rokuje na przyszłość, w kwestii reprodukcji… Brzmi może sucho i odziera trochę z romantyczności miłosne, leśne spotkania. Ale cóż – takie jest życie… A jelonek jest naprawdę śliczny i to niezależnie od stanu szpicaka. Przede wszystkim ma przepiękne oczy i gdybym była łanią, to na pewno by na mnie zdziałały ;D

Fotografujemy z samochodu – nie wysiadając. Tak, żeby zwierzaka nie wystraszyć. Zwierzęta odczuwają mniejszy strach przed samochodem, niż przed człowiekiem. Samochód  wydziela mniej niebezpieczny zapach i wykonuje mniej ruchów, niż człowieki… 

Po chwili jednak jelonek znika w lesie, więc nie pozostaje nam nic innego jak podążać w poszukiwaniach zwierzaków, bieszczadzkimi szlakami dalej. 

Jedziemy i wypatrujemy… Zachwycamy się grą światła na śniegu pomiędzy drzewami…

Co jakiś czas wysiadamy i badamy tropy – jesteśmy w miejscu, gdzie zwierzaki na pewno bywają… 

Tutaj, w cieniu, mamy świeże ślady watahy wilków…

  

No małe to te dzikie psiaki nie są ;)

I dalej jedziemy. I dalej wypatrujemy…

 

W pewnym momencie, wyjeżdżamy zza zakrętu i wpadamy w prawdziwą symfonię świetlnych obrazów… 

Piękno tego grającego pomiędzy drzewami światła jest wprost magiczne…

Kolejny zakręt i z mistycznych przeżyć, wpadamy w absolutną przyziemność tzn. stare piece do wypalania węgla drzewnego… 

Tak to już w życiu się przeplata – trochę magii, trochę prozy i jakąś równowagę mamy ;)

Nasz Pan Przewodnik zabiera nas w miejsce, gdzie do dzisiaj widać dowód procesu powstania tego pasma górskiego – jako wypiętrzenia górotwórczego po starciu się płyt tektonicznych…

Wzór przekroju skały, jest piękny – mamy tutaj możliwość podziwiania łupków krośnieńskich.

Z miejsca, w którym się znajdujemy możemy zaobserwować, oprócz struktury skały, nasłonecznioną górską polanę z rzadkim drzewami, na której można podobno spotkać czasami rysie. Penetrujemy całą przestrzeń lornetką, ale ryśków nie widać ;)

Na polanie stoi potężny buk w odsłonie zimowej, z grubym srebrzącym się pniem.

Buk zwyczajny (Fagus sylvatica)

Po drugiej stronie słonecznej polany rysiowej mamy gęsty las mieszany. Tam pewnie siedzą wilki ;)

   

Wsiadamy do samochodu i jedziemy dalej. Dosłownie po paru zakrętach pomiędzy drzewami mamy spotkanie, jakby umówione, ze ślicznym koziołkiem, którego poroże – porostki – o tej porze roku jest pokryte grubym sypułem… Szyby w dół i trzy lufy robią stop klatki :D

Oto moje :)

Sarna europejska (Capreolus) – kozioł. 

 

Koziołek skubie sobie gałązki i listki.

Trochę przeżuwa. Trochę nam się przygląda.

Trochę mruży oczy od rażącego go słońca.

I potem spokojnie idzie w głąb lasu…

Postanawiamy jeszcze pojechać w miejsca, gdzie dzika zwierzyna jest dokarmiana – a jest ich kilka. Znajdujemy tam całe mnóstwo… Czego?… Oczywiście śladów ich obecności ;D

Oto ślad żubra

a tutaj jelenia ;D

No i tyle. Ponieważ jedzonko jest w całości zjedzone i jak widzieliśmy powyżej, w jakiejś części przetrawione – to Pan Jurek wyrzuca kolejną porcję dla naszych żarłoków. Leci buraczysko, za buraczyskiem… No bo maleńkie to te buraczki nie są ;D

 

Pewnie nas z ukrycia nasze, póki co niewytropione żarłoki obserwują ;D

Są również inne dowody, że zwierzaki w tym miejscu dobrze się czują – połamane gałęzie

i oczywiście tropy… Tutaj młodego żubra – nie za duży.

A tutaj wilcze. Wilki co prawda buraków nie jedzą, ale podążają tam, gdzie są jelenie. Dlatego tropy ich również przy paśnikach można znaleźć.

Pomału kończymy pierwszy dzień podążania tropami bieszczadzkich zwierząt. Widzimy jeszcze pasieki. Miód spadziowy, zwany też królewskim, jest przepyszny i bardzo zdrowy – szczególnie dla serca…

Jeszcze przeglądamy polany… Na których jest cicho i spokojnie.

I na koniec, Mati  wypatruje pomiędzy drzewami koziołka, który usłyszawszy nas szybko ucieka…

Sarna europejska (Capreolus) – kozioł.

Odwozimy Pana Jurka i wracamy do dzieciaków – jest już po godz. 12.00.

Wnioski z tego pierwszego dnia podążania bieszczadzkimi tropami?…

Przejechaliśmy bieszczadzkimi szlakami w poszukiwaniu zwierząt prawie 120 kilometrów.

Zobaczyliśmy dużo tropów, ślicznego szpicaka i koziołki. Zrobiliśmy trochę pięknych bieszczadzkich kadrów. No i nie jesteśmy zmęczeni…

Ja jednak czuję niedosyt. Chyba nie nadaję się do przemierzania natury samochodem. Za szybko, bez wysiłku, bez chwil zatrzymania się na tym co małe i ukryte na pierwszy rzut oka – mchami, porostami. Bez czucia lasu… 

Było fajnie, ale… No właśnie jest to ”ale”…

I ze względu na to ”ale”na jutro umawiamy się – po pieszku ;D

Wracamy do dzieciaków. Jemy małe śniadanko. Pan Brat bierze dzieci na narty. My z Panem Mężem trochę drzemiemy, trochę pracujemy a ja jeszcze trochę przeglądam zdjęcia… Wieczór znowu z rodzinnym UNO, śmiechem i żartami. A około 21.30 postanawiamy pojechać sfotografować Połoniny nocą. Robert marzy o mlecznej drodze. Jednak przy tak jasnym księżycu w pierwszej  kwadrze, tuż przed pełnią – nie ma szans na jej zobaczenie.

Oprócz  gwiazdozbiorów Oriona, Kasjopei i Wielkiego Wozu – widać na niebie niewiele.

Jedziemy na Przełęcz Wetlińską i robię moje pierwsze w życiu nocne zdjęcie. Nie jest może najlepsze i nie mogę go porównywać ze zdjęciami nocnymi osób, które taką fotografią się zajmują. Ale zabawa mi się podobała i na pewno będę raz na jakiś czas nocą wybierać się na fotograficzne łowy…

Połonina Wetlińska, z wierzchołkiem Osadzki – 1253 m n. p. m.

Wracamy i zmykamy spać. Pobudka znowu o godzinie 4.30.

Zasypiamy…

II dzień, niedziela, godz. 4.30.

I znowu mam wrażenie, że noc trwała 5 minut, a nie całe ”aż” 5 godzin ;) Szybko się zbieramy. Tym razem postanowili nam towarzyszyć nasi chłopcy tzn. Kuba z Igorem. Przekazujemy im, że podczas podchodu, który może trwać nawet 4 godziny, nie będą mogli rozmawiać – dopuszczalny będzie tylko szept i to tylko w przypadku czegoś faktycznie ważnego do powiedzenia. Pomimo tych obwarowań, nasze latorośle dzielnie wstają i konsekwentnie zamierzają być dzisiaj tropicielami. Szczerze mówiąc jestem sceptyczna – pewnie chłopaki przegonią wszystkie zwierzaki… Z drugiej jednak strony – zwierzaki zwierzakami a nasze Łośki jak już są w Bieszczadach, to niech po nich pogonią. Nawet kosztem braku kadrów z  żubrami, czy jeleniami. No bo na wilki, to pomału i tak przestaję liczyć. Z podchodu będzie raczej ciężko. Myślę, że większe szanse są, gdy poczekasz na nie w odpowiednio ustawionej czatowni.

Równo o godzinie 6.3o podjeżdżamy, już z naszym Panem Przewodnikiem, na wzgórza.  Drugi dzień podążania bieszczadzkimi tropami rozpoczynamy kadrami wschodzącego słońca – i tymi zatrzymanymi w oczach, i tymi zatrzymanymi w obiektywie.

Ruszamy do lasu. Tym razem nie ma mowy o wspomaganiu się napędem na cztery koła – musi wystarczyć para nóg – i dobrze ;D

Jesteśmy dzisiaj na niższej wysokości, więc śniegu jest mniej. Na otwartych polanach od strony południowej pozostały już praktycznie tylko łachy śniegu.

Idziemy przez las.

Brniemy przez błoto.

Przedzieramy się przez gałęzie.

Tak, to jest to co uwielbiam :D

Po przedzieraniu przez las, jakąś chwilę idziemy leśnym traktem, gdzie widzimy działalność gospodarczą Lasów Państwowych. Nie lubię patrzeć na ścięte drzewa… Wolę, jak dumnie rosną do nieba… Nie mówiąc o tym, w jaki sposób zwierzęta mają się tutaj czuć bezpiecznie. Jak rzadkie gatunki zwierząt, typu ryś, mają tutaj żyć. One potrzebują przestrzeni, ciszy i spokoju. Ingerujemy w ich dom zupełnie bezsensownie. Dodatkowo rzadkie rośliny, np. z gatunku porostów, potrzebują starych drzew, żeby na nich narastać. Rozległe tereny Parków Narodowych powinny być zostawione w spokoju. Drzewo nie rośnie z dnia na dzień – ono przecież potrzebuje całych długich lat…

.

Schodzimy z traktu i znowu wchodzimy do lasu. Podejścia czasami nie są zbyt proste, jest trochę ślisko, wpada się w grząskie błoto. Ale nasze najmłodsze chłopaczki dają radę.

Cały czas wypatrujemy zwierząt. Szansa jest, ponieważ wszyscy są cichutko. Można być dumnym z chłopaków. Idą naprawdę nie hałasując :) Chociaż Pana Przewodnika to nie satysfakcjonuje. Każde nie takie stąpnięcie, każde małe nawet słówko wywołuje dezaprobatę wzrokową i słowną u w/w. Oj, chyba Pan Jurek od dawna nie ma do czynienia z latoroślami poniżej 15 roku życia ;D Mrugam do chłopaków i drałujemy dalej, podziwiając grę światła rozpraszającego się pomiędzy drzewami.

Niestety nie mogę na dłużej przystanąć, żeby zrobić porządne makro. Trzeba iść w grupie, a towarzystwo na to co małe i ukryte, raczej jest nie do końca wrażliwe ;D Ale nie mogę sobie odmówić zrobienia, chociaż jednego zdjęcia omszałych pni i korzeni. Tak na szybko, więc nie oczekujmy zbyt wspaniałych rezultatów ;D

Las robi się bardziej przejrzysty

i w pewnej chwili, w oddali, Pan Jurek wypatruje jelenia z pięknym porożem. Pan Brat dostrzega go zaraz za naszym przewodnikiem i zaczyna fotografować. Wchodząc mi oczywiście w kadr ;D 

Lekko się przesuwam i mam swojego pięknego jelenia. Dumnie trzymającego na głowie koronę z poroża. I chociaż jest bardzo daleko, to rozproszone światło i bukowe gałązki, z suchymi błyszczącymi w świetle, jak bursztyny liśćmi – tworzą dla mnie przepiękny obraz… 

Jeleń szlachetny (Cervus elaphus).

Jeleń w pewnym momencie szybko znika i tylko Mati zdąża zrobić jego zdjęcie, gdy odbiega… Może zdjęcie nie jest wyraźne, ale widać na nim, jak piękne jest poroże Pana Jelenia…

Zdj. Pan Mąż @yodatatoo

Nasz Pan Przewodnik-Myśliwy mówi do nas, że to niesamowite uczucie – jeleń został zatrzymany, mamy go, a biega dalej po lesie i cieszy się życiem… Jakieś takie zamyślenie widać przez chwilę na jego twarzy. Uśmiecham się i myślę – może jakieś ziarnko zostało w myślach Pana Myśliwego zasiane?… :)

Po spotkaniu z jeleniem nasze apetyty na kolejne spotkania znowu wzrastają. Uważnie, więc przeczesujemy wzrokiem las.

W lesie, pomimo tego, że jest luty, czuć zbliżającą się wiosnę. 

Światło pada już pod innym kątem, błyszcząc w gałązkach zielonego świerku.

I inaczej rozświetla pnie drzew. 

Inaczej też pachnie ściółka… Bardziej wilgotno, jakby się budziła po zimie.

Nie ma tutaj żadnego znaczenia, że miejscami jest jeszcze dużo śniegu

i mało zieleni… 

Wiosnę czuć w powietrzu a ptaki czują ją najlepiej – szczebiocząc coraz radośniej w koronach drzew. 

Idę zamyślona nad tym przedwiośniem, co niby go jeszcze nie ma, a ja jednak całą sobą je czuję i nagle słyszę pst. Stój. Widzisz?… To nasz niezawodny w wypatrywaniu zwierząt Jurek. Widzę. Najpierw łanię z jednym szpicakiem.

Jeleń szlachetny (Cervus elaphus).

A zaraz potem dołącza do nich drugi szpicak – są śliczne… Znowu pod słońce, znowu daleko – ale nie ma to znaczenia.

Najważniejsze, że są :)

Wołam cicho Matiego, Roberta i Kubę, żeby podeszli – cały czas nie widzą jeleni. Podchodzą. W końcu dostrzegają i też fotografują to piękne stadko.

Łania patrzy w naszym kierunku, jeden szpicak się odwrócił tyłem a drugi już się schował.

Gdy wszyscy mają zrobione zdjęcia, próbuję podejść troszkę bliżej – niestety pierwszy ruch powoduje, że jelenie uciekają…

Idziemy dalej. Pogoda jest piękna.

 Chłopaczki są już trochę zmęczone – postanawiamy wracać. Po drodze Jurek opowiada nam o rowach, którymi idziemy – teraz wypełnionymi śniegiem.

Okazuje się, że są to pozostałości okopów z pierwszej wojny światowej. Zginęło tutaj około dwa miliony żołnierzy, na linii Komańcza-Chryszczata-Wołosań-Łokiennik. Czyli w okolicach, które przemierzamy. Najwięcej żołnierzy zginęło w okresie od listopada 1914 do kwietnia 1915 roku. Część od kul, a część po prostu zamarzła podczas ciężkiej zimy. Podobno do dzisiaj można natknąć się tutaj na jakieś ludzkie szczątki. Wtedy miejscowi z szacunkiem je grzebią – już się tych znalezisk nie zgłasza… Zrobiło się trochę mrocznie od tych opowieści, ale z drugiej strony warto jest znać historię miejsc, które się przemierza…

 

Żeby trochę pobyć ze swoimi myślami, zostaję z tyłu i daję sobie jednak trochę czasu na sfotografowanie tego co na pierwszy rzut oka jest nie do końca rzucające się w oczy, ale przy przyjrzeniu się – jest naprawdę piękne. Tutaj porastające pnie drzew – mchy

Mech rokietnik pospolity  (Pleurozium schreberi) 

i porosty.

Szarzynka skórzasta (Parmelina tiliacea)

Dołączam do chłopaków. Jak się okazuje w odpowiednim momencie. Pan Przewodnik pokazuje nam tropy jeleni i dokładnie obok nich biegnące ślady wilków – podążających śladem jeleni…

Mówi, że widać tutaj niesprawiedliwość – jelenie ciężko zapadają się w śniegu,

a wilki lekko stąpają po powierzchni. 

Jeżeli wilki zbliżą się zbyt blisko – to jeleń nie ma szans. Tym bardziej, że wilki polują zawsze w grupie – jako wataha…  Jeden ze śladów robi na nas duże wrażenie. Odcisk jest praktycznie wielkości dłoni. Wg naszego przewodnika jego waga może sięgać do 70-80 kilogramów. Ale basior… Wow…

Pan Jurek mówi cicho, monotonnym głosem, który nie niesie się w powietrzu. Za to Igorek, który milczy już prawie cztery godziny, co jak sam twierdzi i potwierdza jego tata – Pan Robert, jest osobistym rekordem życiowym Pana Igora, ma dosyć i raz po raz coś tam zakrzyczy głosikiem wysokim, czyli niosącym daleko… ;D Do tego Kuba, który jakieś półtorej godziny temu wpadł jedną nogą w bagienko prawie po kolano, co zaskutkowało nalaniem się wody do buta, prawie płacze, że mu zimno… Pan Jurek zdecydowanie ma dosyć naszych chłopaczków ;D Całe szczęście, że już przez drzewa widać samochody – nasz i Pana Przewodnika ;D

 

Schodzimy szybkim krokiem w dół. W koronach drzew duże gniazdo czeka na wiosenne gniazdowanie jakiegoś ptasiego drapieżnika.

Pan Tata Jakuba dopinguje go do ostatniego wysiłku, przed dotarciem do samochodu.

I gdy do aut jest już naprawdę blisko, słyszymy jak Jurek mówi, że właśnie tędy przeszły żubry, i że możemy jeszcze spróbować je dojść…

Faktycznie na  śniegu są tropy żubrów, przecinające naszą ścieżkę.

Chłopaki mają dosyć – myślę. Nie ma szans.  Głośno przekazuję moje myśli i nagrodą za troskę, są wdzięczne spojrzenia naszych Łośków ;D

Ale z drugiej strony mają już naprawdę do samochodów niedaleko – około 200 metrów.

Dajemy im kluczyki i wysyłamy do samochodu z poleceniem ściągnięcia butów, skarpetek i owinięcia nóg kurtkami. A sami zawracamy… Żubrów co prawda nie znajdujemy, ale za to na środku zaśnieżonej ścieżki siedzi żaba i się nie rusza. To znaczy prawie się nie rusza. Oddycha i minimalnie przesuwa oczami.

Żaba trawna (Rana temporaria).

Zaczyna się z powrotem hibernować. Nie ma w tej sytuacji szans na przeżycie. 

No i co tutaj zrobić.  Trzeba naszą Śpiącą Królewnę ratować.

Robert bierze Żabcię – o jak cieplutko jest w grubej rękawicy ;D

I przenosimy Królewnę do słońca – na obrzeże polany, gdzie kładziemy ją na miękkie łóżeczko z suchych liści… 

 

Pewnie zagrzebie się w liściach i przeczeka do wiosenki…
Swoją drogą trzeba by się zastanowić – czy jednak warto nastawiać budzik na wczesną porę ;D

Teraz już prosto przez polanę wracamy do samochodów i naszych dzieciaków. Może odrobinę niedospani – nie tylko żaba obudziła się dzisiaj wcześnie, ale za to absolutnie zadowoleni. Tutaj, w odróżnieniu od Królewny Żaby, zadowolony z przemierzania bieszczadzkich szlaków wczesną porą, niedospany Pan Mąż ;D

Przeszliśmy 8,40 kilometra, w 3 godziny 45 minut.

Taka ładna bieszczadzka pętelka ;D

Dziękujemy naszemu przewodnikowi Panu Jurkowi za te dwa dni podążania tropami zwierzaków przez bieszczadzką knieję. Wsiadamy do naszego samochodu i… I właściwie powinniśmy jechać do Leśnego Uroczyska, ale nam tzn. mi i Robertowi jest jeszcze trochę mało – i zwierzaków, i tego poranka na szlaku. Postanawiamy się jeszcze przejechać szlakami, które przemierzaliśmy wczoraj. Zajrzeć np. do paśników… Oczywiście tam, gdzie nie ma zakazu ruchu… ;) No może tak nie do końca, ale jedziemy tylko tam, gdzie i tak toczą się prace leśne – nie zamierzamy straszyć zwierzaków samochodem w miejscach, gdzie panuje cisza. 

Pogoda jest cudna – co sprawia, że las jest przepełniony południowym światłem…

Zwierzaków żadnych nie widzimy. 

Pomimo wszechobecnych tropów – tutaj znowu żubrze…

Pewnie śpią, gdzieś po porannym żerowaniu. Podobnie, jak wypoczęte inaczej nasze Łośki na tylnej kanapie ;D

Zdjęcia Pana Męża humanitarnie nie umieszczam – jest w podobnym klimacie ;D

W końcu wracamy do Uroczyska i naszej Soni. Gdy masz piętnaście lat ponad wycieczki górskie, stawiasz wyspanie się w swoim łóżeczku i nie popełniasz błędów Śpiącej Królewny Żaby ;D

Zdj. Pan Brat @psiajucha6

Resztę dnia spędzamy sobie leniwie. Jedynie Pan Mąż musi pracować przy komputerze… Żywa niesprawiedliwość…

Kończymy dzionek, jak zwykle partyjkami Uno. Bawiąc się przy nich świetnie – również jak zwykle ;D. Jutro możemy pospać, ponieważ Pan Brat wybiera się na skitury. Jako człowiek co szlaki górskie i wspinacze regularnie przemierza, trochę ma za mało wysiłku przy podchodach bieszczadzkimi tropami ;D

Ze względu na jutrzejsze skiturowe wyzwanie idzie spać wcześnie – po 21.00. Natomiast ja jeszcze zamierzam potrenować nocną fotografię – tym razem z tarasu naszego domku.

I razem z gwieździstym niebem mówię temu dzionkowi – dobranoc :)

3 dzień, poniedziałek, godzina…

Pierwszy bieszczadzki poranek, który mogę rozpocząć o przyzwoitej dla pobudki porze tzn. o godz. 6.00 ;D , całkiem przyzwoitą, pyszną kawką. Pan Mąż dołącza około godz. 7.30. Dajemy pospać dzieciakom do 8.30 – co spotyka się absolutną dezaprobatą ze strony Soni – jak można budzić człowieka w środku nocy?… ;D

Można, jeżeli plany na dzisiejszy dzień zakładają przemierzanie Bieszczad w towarzystwie Pani Cioci i Pana Wujka. Tzw. zmiana barana przy zapewnianiu dzieciakom rozrywek. Robert zapewniał rozrywkę w postaci nartowania, my piechurowania ;D

W czasie, gdy my  najpierw pijemy kawkę (tzn. ja i Mati) a później jemy śniadanie (już wszyscy), Pan Brat podąża na skiturach z Ustrzyk Górnych, przez Szeroki Grzbiet, w kierunku najwyższego szczytu Bieszczad – Tarnicy.

Jednak warto wstać wcześnie,

Zdj. Pan Brat @psiajucha6

żeby móc potem zatrzymać się na chwilę i chłonąć piękno gór o wschodzie słońca – najpiękniejszej porze dnia…

Zdj. Pan Brat @psiajucha6

Zdj. Pan Brat @psiajucha6

Zdj. Pan Brat @psiajucha6

Pod warunkiem oczywiście, że nie jest się żabą ;D

Ale widoki… Możemy je tylko popodziwiać, jako przesłane przez Roberta What App-em – przy śniadanku :D

Jednak dotarcie skiturowo na szczyt Tarnicy 1346 m n. p. m. – nie było taką prostą sprawą, jak się maluje fotograficznie…

Zdj. Pan Brat @psiajucha6

A zjazd ze szczytu do wsi Wołosate – tym bardziej… Natomiast chłonięcie tego piękna w samotności, bez żadnego człowieka na szlaku – jest na pewno piękną nagrodą z podjęcie tego trudu…

Zapisuję w tym miejscu gratulacje za determinację oraz wszelakie umiejętności górskie dla Pana Brata :D  i wracam do relacji ze zmagań pośniadaniowych pozostałej części Rodzinki ;D

Zaraz po śniadaniu wsiadamy do samochodu i jedziemy do Polańczyka.

Skąd czerwonym szlakiem zamierzamy powędrować do zapory na Solinie. Do przejścia jest 6,5 kilometra. Czyli w sam raz na przedpołudniowy spacer :)

Jak widać – po pierwsze – sił na górskim szlaku naszej młodzieży starszej i młodszej dodają chipsy,

a po drugie – poranna niechęć do wędrówki szybko mija ;D

Trochę idziemy.

Trochę fotografujemy.

Kuba zawiesza się na stopniu rzeki i spadającej z niego kaskadzie wody…

Zdj. Pan Jakub @szobischab

Kuba zaczął fotografować około pół roku temu i jego zdjęcia z kadru na kadr zaczynają być coraz lepsze… Uśmiecham się z dumą widząc rezultaty fotograficznej pracy mojej najmłodszej latorośli… :)

W pewnym momencie Sonia zauważa jakieś zwierzątko w liściach. Najpierw myślimy, że to zając…

Ale zając podnosi główkę i okazuje się być śliczną wiewiórką :D Wiewiórka przeszukuje ściółkę w poszukiwaniu pyszności do zjedzenia :)

Wiewiórka pospolita ( Sciurus vulgaris ).

Mati, Kuba i ja fotografujemy…

Sonia jest szczęśliwa, że dostrzegła wiewióreczkę.

Tym bardziej, że jesteśmy jej za to absolutnie wdzięczni. Od tego momentu nasza wiewiórka nosi imię Sonia :D Podążam za Sonią-wiewióreczką, żeby zrobić jej jak najładniejsze zdjęcia. Sonia zmyka na drzewo, ale zza pnia ciekawsko się nam przygląda :D

Potem fik na kolejne drzewko…

I na kolejne…. Chwila dla urody… ;)

I znowu na ziemię…

I znowu smakołyki…

Tak to nasza Sonia-wiewióreczka fika…

I wszystkim nam wywołuje uśmiech w oczach… :D

Po spotkaniu z Sonią-wiewiórką maszerujemy dalej a ja w końcu mam czas na spokojne pochylanie się nad tym co w lesie jest piękne, w ten mniej oczywisty sposób…

Smolucha bukowa (Ischnoderma resinosum).

Płonnik pospolity (Polytrichum commune).

Hubiak pospolity (Fomes fomentarius).

Idąc trzeba uważać, ponieważ jest bardzo ślisko i stromo. Na szlaku królują lód i błoto…

Jesteśmy sami. Las w tym miejscu jest piękny, nieuregulowany ręką człowieka…

Szlak położony jest na wysokości do 550 m n. p. m. i ze względu na panującą odwilż, ilość błota, przeważa nad ilością śniegu…

 

Jak to w Bieszczadach – mamy tutaj przede wszystkim drzewa bukowe… Malują one jesienią piękne obrazy melanżu żywej czerwieni, żółci i pomarańczu… Natomiast zimą światło z suchymi bukowymi liśćmi tworzy bursztynowo-pomarańczowe migotanie na tle srebrzystych pni…

Brniemy przez błoto ;D

Które zmienia się w prawdziwe bagienko, gdy wchodzimy w miejsca, gdzie jednak człowieki z Lasów Państwowych jeżdżą…

Nie zatrzymuje to – ani naszego marszu, 

Zdj. Pan Mąż @yodatatoo

Zdj. Pan Mąż @yodatatoo

ani dobrych humorów…

Zdj. Pan Mąż @yodatatoo

Przecież można sobie nawet zrobić błotną sesję fotograficzną ;D

Już widzę, że tej wędrówki będzie mi za mało. A z drugiej strony mamy świadomość, że dzieciaki nie będą miały ani ochoty, ani siły  na marsz powrotny. Dzwonimy do Roberta, który już wraca z Ustrzyk Dolnych, po skiturowej wyprawie, żeby przyjechał po dzieciaki na zaporę a my, tzn. ja i Pan Mąż, wrócimy sobie szlakiem z powrotem na piechotkę. To w sumie będzie około 13 kilometrów, czyli znowu w sam raz. Tylko tym razem dla nas ;D

Po ustaleniu szczegółów odbioru dzieciaków idziemy dalej.

Było ostro z górki, było ostro pod górkę – zmęczenie po towarzystwie pomału zaczyna być widać, co potwierdza słuszność naszej decyzji posiłkowania się pomocą Pana Brata w kwestii przejęcia latorośli…

Ale gdy się dostaje telefon od znajomych,    

to zmęczenie mija, jak ręką odjął ;D

   

Mija również u tych, którzy osiągają najwyższy punkt wzniesienia

i w oddali widzą punkt docelowy wędrówki – zaporę na Solinie ;D

A gdy mija zmęczenie – można i poszaleć,

i fotki sobie porobić…;D

 

Idąc od szczytu wzniesienia gramy z chłopakami w RPG. Ja jestem Trolem-łucznikiem, Pan Mąż jest Trolem-złodziejem, Igorek wybiera sobie postać Krasnoluda-maga a Kuba od początku prowadzi grę jako Narrator. I tak na szlaku bieszczadzkim buduje się pomału bajkowa opowieść ze świata trolli , krasnoludów, polowań, przebiegłych knowań i magii wszelakiej… Tak nam mija czas wędrówki. Z małą przerwą na fotografowanie sikorki… Jedni sikorkę fotografują, drudzy ”szpaczkują” sikorkę obserwując, a jeszcze inni nie zawracają sobie głowy sikorkami, ponieważ świetnie się bawią ze swoim towarzystwem, gawędząc przez telefon – co oczywiście uniemożliwia również dołączenie do naszej gry ;D 

Rzeczona sikorka .

Sikora bogatka (Parus major).

Dodaję też zdjęcie sikorki w wykonaniu Pana Jakuba ;D

Zdj. Pan Jakub @szobischab

Wraz z zakończeniem gry RPG, oczywiście absolutnie szczęśliwym, wychodzimy z lasu. Jak widać – wszelkie śmieci wynosimy z lasu ze sobą… Pięknie wystają z plecaka ;)

 

Jeszcze chwilę idziemy przy drodze. Mijamy domki przy zaporze, które zapraszają na wakacyjne spędzanie czasu w bajkowej aranżacji.

My podziękujemy, wolimy wymyślać bajkowe scenariusze… Ale gdyby ktoś chciał – to przedstawiam :D

I już jemy oscypki z grilla z żurawiną oraz żelki wszelakie ( co kto woli ;) ), maszerując pomiędzy straganami do zapory.

Z zapory rozciąga się piękny widok. W spokojnym lustrze wody odbija się krajobraz…

Cel osiągnięty, tylko gdzie jest Pan Brat, Pan Szwagier i Pan Tata w jednej osobie?… ;D

 

Jest. Oczywiście, że jest… :D

Chwila obserwacji wysokości zapory…

Chwila pogaduszek…

I dajemy z Panem Mężem sygnał do odwrotu. Mamy jednak kawałek drogi do przejścia… 

Zadajemy jeszcze dzieciakom pytanie retoryczne – wracacie z nami?… Odpowiada przerażony i zdecydowany chórek – Nie! Jak napisałam – właściwie było to pytanie retoryczne – nie spodziewaliśmy się innej odpowiedzi ;D

Machamy sobie na pożegnanie. My zmierzamy w stronę czerwonego szlaku, a dzieciaki z Robertem jeszcze idą pooglądać zaporę i potem już wygodnie samochodem, jadą prosto na obiadek do ”Pawła nie całkiem świętego”.

Wchodzimy do lasu i od razu ogarnia nas cisza popołudniowej pory. Niesamowite, jak w zależności od pory dnia inaczej się wszystko w lesie dzieje… Inaczej się las odczuwa… O świcie – światło jest  rozproszone w oparze unoszącym się po nocy a dźwięki są głuche, jakby jeszcze przydymione sennością. Poranek – daje światło ostrzejsze a dźwięk ostro i daleko się niesie. O zachodzie – wszystko żarzy się czerwienią i drzewa zaczynają trzeszczeć, jakby staruszkowie zmęczonymi stawami po całodziennej wędrówce. A popołudniu?… Popołudniu światło robi się miękkie, jest cicho, tylko czasem ptak trelem się jeszcze odezwie. Dźwięk niesie się dobrze, ale też jakby bardziej miękko, nie tak ostro, jak o poranku… Cisza jest miękka i przejrzysta… Uwielbiam las o każdej porze i to popołudnie też mnie zachwyca, i uspakaja… Tak jakby całe moje wnętrze robiło się miękko ciche…

Popołudniowe światło jeszcze bardziej podkreśla bursztynową barwę suchych, jesiennych, bukowych liści…

  

Wyglądają jakby były nanizane na rzemyki z gałązek – takie leśne naszyjniki…

Próchniejący pień leży w plamach słońca – zaprasza do chwili odpoczynku na porastającym go, niby miękka poduszka, mchu.

Na polanach, gdzie słońce ma najlepszy dostęp, na gałązkach zaczynają już rozchylać się pąki…

Niby jeszcze beżowo…

Niby jeszcze brązowo…

Ale wiosnę w tym popołudniowym świetle zimowego lasu – można już i zauważyć, i poczuć…

A żeby poczuć ją bardziej, dobrze jest się położyć na ziemi

i z tego poziomu spróbować zatrzymać czas lasu w kadrze… :)

Pniarek obrzeżony (Fomitopsis pinicola).

Pomału zbliżamy się do końca dzisiejszej wędrówki. Słońce już jest nisko, a jego ciepłe świtało złoci korony drzew…

Myślę sobie, że piękny był ten dzień z lasem w dwóch różnych odsłonach… Jasnej porannej i złotej popołudniowej. Trochę mi tylko żal, że nie sfotografowałam, ani jednego dzięcioła. Ich bębnienie, gdzieś tam z daleka,  towarzyszyło nam przez całą drogę…

Gdy tylko ta myśl zagościła w mojej w mojej głowię, ujeżdżam na śliskim podejściu i ląduję w błocie :o

No i super – las pokazuje mi, bardzo stanowczo, że jak chcesz coś zobaczyć, to musisz się zatrzymać. Wstaję a nad moją głową siedzi dzięcioł. Można by powiedzieć – podobnie ogarnięty jak ja ;D

Dzięcioł pstry (Dendrocopos major).

Wygląda, jakby mówił – przysiadłem na gałęzi i co mam teraz z tym zrobić?… ;D

Nieogarnięty taki niby, ale jak na sąsiedniej gałęzi przysiada koleżanka…

To od razu zmienia pozę na niezwykle przystojnego i wszystko wiedzącego, z zadartym do góry dziobem, Pana Dzięcioła – kawalera ;D

 

Śmieję się do dzięciołów, które las mi na koniec przywołał. Uśmiecham się do Pana Męża – co z błota mnie ratował a potem cierpliwie czekał, aż ptaki sfotografuję. I zaraz potem, ramię w ramię, wychodzimy z lasu…

Zrobiliśmy dwanaście i pół kilometra, w cztery i pół godziny.

Jesteśmy odrobinę, a właściwie odrobinę bardzo zmęczeni i odrobinę głodni – straaasznieee głooodniii ;D Dlatego śladem, tylko dwie godziny później, jedziemy do naszego już teraz “Pawła nie całkiem świętego”…

Gdzie pijemy znowu herbatę z syropem różanym, ja ponownie jem pstrąga a Pan Mąż, jak przystało na mężczyznę z lasu – pochłania prawdziwie chłopskie jadło ;D

Wracamy do Uroczyska i od dawna odpoczywającej Rodzinki. Wieczór, jak co wieczór – obróbka zdjęć, gra w Uno… Ktoś by powiedział – nuda… Ale z Rodzinką nudno nigdy nie jest – bawimy się, jak co wieczór super :D

Nazajutrz wyjeżdżamy. Postanawiamy jednak z Panami Bratem i Panem Mężem jeszcze raz wstać przed świtem – przede wszystkim w nadziei na ponowne spotkanie z żubrami. Mamy duży niedosyt po tym jednorazowym, przed wschodem słońca, w pierwszy dzień podchodu. Tym bardziej, że tropów jest naprawdę mnóstwo a Pan Jurek mówił, że żubry to tutaj stoją na polanach za każdym zakrętem… Hmmm?…

Dzieciaki z kolejnego dnia tropienia zwierzaków – strategicznie i chórem rezygnują ;D

4 dzień, wtorek, godz. 4.30.

Pobudka – jak zwykle 4.30. Śniadanie, termosy z herbatą i jedziemy…

Dzień wita nas pięknym zachodem księżyca w dniu przed nocną pełnią… Jest godzina 6.00 rano.

Jak zawsze przed samą pełnią – księżyc jest ogromny i ma piękną barwę odbijającego się w nim światła słonecznego.

Księżyc pomału znika za horyzontem.

A my jedziemy w poszukiwaniu żubrów…

Żubrów nie ma. Natomiast z daleka widzimy myszołowa kołującego wysoko nad polami.

Myszołów zwyczajny (Buteo buteo)

Myszołów ląduje w oddali na polanie,

a za chwilę znowu unosi się w powietrze.

Przelatuje na obrzeże polany i przysiada na okalających ją słupkach – pewnie stąd będzie obserwować polanę w poszukiwaniu śniadania…

Do naszego drapieżnika przylatuje towarzysz – albo towarzyszka.

Jakość zdjęć nie może być zbyt dobra, nawet przy posiadaniu nowego szkła… Jest za daleko…

Drugi z myszołowów nie wytrzymuje zbyt długo w bezczynności i zaraz zrywa się do lotu… Może jest mniej cierpliwy, a może bardziej głodny…

Cieszę się z tych myszołowów – sfotografowałam je pierwszy raz… W ogóle ten rok obfituje w różne pierwsze, fotograficzne razy :D

Wsiadamy do samochodu i jedziemy dalej.

Najpierw objeżdżamy znane nam już miejsca dostępne samochodem…


Na początku, poranne niebo jest trochę przymglone. Ale gdy podjeżdżamy na polanę, z której planujemy się jeszcze przejść w poszukiwaniu żubrów – słońce już świeci tak mocno i jaskrawo, że trudno utrzymać otwarte oczy….

Pogoda jest przepiękna… Rozpoczynamy nasz mały podchód żubrowy…

Na początku, zamiast wielkiego żubra, mamy malutkiego trznadla ;D

Trznadel zwyczajny (Emberiza citrinella).

Jest żółciutki i maleńki :D

Na zaśnieżonych polanach – śladów zwierząt jest mnóstwo.

 I żubrzych – są olbrzymie.

I wilczych… Wilk idzie łapa za łapą – nie zostawia niepotrzebnie szerokiego śladu… Trzeba zawsze być jak najmniej widocznym i wyczuwalnym – to gwarantuje zdobycie pożywienia…

Zwierzaków jednak nie widać. Pan Robert, lekko sfrustrowany, stwierdza, że to leśnicy zakładają na ręce i nogi pieczątki tropów a potem idąc przez las pieczątkują zostawiając ślady… Tutaj sobie przyłożymy piecząteczki żubrze.

Tam jelenie.

A tutaj sobie klepniemy basiorka… 

Pomiędzy tym rozrzucimy dowody funkcjonowania układu trawiennego zwierzaków… A co… Niech się ludziska cieszą ;D

Śmiejemy się z tej konkluzji Pana Roberta i zagłębiamy się w las, idąc świeżymi tropami żubrów… Taki – ostatni rzut na taśmę ;D

Przedzieramy się przez chaszcze straszne. Pan Robert, który znany jest z ganiania po górach – z braku zwierzaków, wolnego leśnego szwendania ma dosyć, więc nabiera tempa górskiego. Ledwo chaszcze zdążam pstryknąć i to w niezbyt udanym kadrze… ;D

Ok. Czas kończyć podążanie bieszczadzkimi tropami… Kolejne przy następnej eskapadzie. Może jesienią? Wtedy, kiedy to bukowe Bieszczady są przepełnione kolorami… Może w czasie rykowiska?… Już mi się jesienne obrazy w głowie malują, już słyszę porykiwania jeleni… A tutaj przecież jeszcze zimę mamy na skraju przedwiośnia… ;D

Wracam z zamyślenia do rzeczywistości. Robię ostatni kadr tego bieszczadzkiego czasu….

I wracamy do Leśnego Uroczyska… Robert z dzieciakami wyjeżdżają wcześniej. Ja nie chcę się spieszyć… 

Przeglądam spokojnie zdjęcia, pakujemy się powoli… Jeszcze zawieszam się oczami z tarasu domku na tej pięknej okolicy…

Myślę, że wrócę do Leśnego Uroczyska…

No i jedziemy do domu.

A w domu?… A w domu wita nas piękna pełnia księżyca, którą fotografuję, tym razem – z mojego ganku….

I nie wiem już, który to raz przepełnia mnie spokojne uczucie, szepczące –

“Jak dobrze jest wrócić do domu po kolejnej udanej eskapadzie…” :)

 

 

 

Komentarze

fotoeskapady

02 marca 2019 o 09:34

To jak zwykle bardzo dziękuję, bardzo 😃😊
A tak na poważnie – bardzo się cieszę, że opowieść o bieszczadzkich spotkaniach Ci się spodobała 😊

Andrzej

02 marca 2019 o 09:17

Jak zwykle fajnie się czytało jak zwykle 👌👌👌

Dodaj coś od siebie i skomentuj ten wpis!

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *