ChorwacjaLatoPodróżeRodzina

Pod pełnymi żaglami – Chorwacja

2508.2018

 

21.07.2018

Czas na nową eskapadę. Tym razem decyzja praktycznie w stu procentach należała do Pana Męża a brzmiała – Kochanie może pojechalibyśmy w lipcu na żagle? Pytanie zadane półtora miesiąca temu. Moja odpowiedź brzmiała – Mieliśmy w te wakacje jechać w góry… Byliśmy w maju w Chorwacji na nurkowaniu, we wrześniu wracamy tam, ponieważ robisz kurs instruktorski nurkowy i mamy w lipcu znowu spędzać czas na wodzie i pod wodą – bo oczywiście żagle będą połączone z nurkowaniem. Ja chcę w góry…

Jak mówi mój Pan Mąż – w domu o wszystkim decydujesz Ty. No, więc jedziemy na żagle i nurkowanie. ;( Taki to świetny mam piar. Znajomi też twierdzą, że w naszej rodzinie rządzę ja – słusznie jak widać po w/w sytuacji… ;D
W nagrodę za zgodę na kolejny wodny wyjazd dostaję trzy dni w górach… Trzy dni!!! Chciałam pięć… :(

Cóż, to nie znaczy, że się nie cieszę – tylko chciałam jakiejś odmiany. Ale jak rzecze mój Pan Mąż – masz odmianę, ponieważ będziemy też na wodzie a nie tylko pod… ;) Trochę jeszcze  jęczę, ponieważ naprawdę chciałam dłużej posiedzieć w jakiś strzelistych, monumentalnych, granitowych górach i pofotografować świstaki, kozice górskie, góry, wodospady … :( No i moim marzeniem jest zanurkować w jakimś przejrzystym, krystalicznym jeziorku górskim, leżącym z drugiej strony krzywej Gaussa w porównaniu do czeskich kamieniołomów, prezentujących poziom przejrzystości zielonej, zawiesistej zupy z widocznością na metr, góra dwa metry…

Natomiast trzeba uczciwie przyznać, że Mati od dłuższego czasu ma ochotę pożeglować z żonką a nie samotnie, tak jak do tej pory – no to pożeglujmy…

Moja przygoda z żeglowaniem sięga czasów, gdy byłam dwudziestolatką. Wtedy kilka lat z rzędu, po dwa – trzy tygodnie wakacyjne, spędzałam żeglując po mazurskich jeziorach. Uwielbiałam żeglowanie, zwroty przez sztag, rufę, walkę z żaglami przy refowaniu – gdy mocno wiało, przechyły i łopoczące żagle nad głowami. Przeżyłam i czasy flauty, i czasy burz – dwie skrajności na jachcie, gdy za wesoło nie jest… Upały i deszcze, kamienie sztynorckie, most na Kirsajtach, gdzie razem z załogą bawiliśmy się składaniem masztu bez cumowania. Trzeba było na żaglach podpłynąć jak najbliżej mostu, w ostatnim momencie na komendę złożyć maszt, inercją przepłynąć i szybko maszt postawić, żeby jachtu nie zniosło – ale była zabawa :D Potrafiłam w burzy biegać po pokładzie i robić dziury w grocie nożem, żeby zrefować bardziej, niż pozwalały na to rozmieszczone refsejzingi – tak wiało, a silnik posłuszeństwa akurat odmówił. Biegałam z koleżanką w strojach kąpielowych, po śliskim kadłubie miotającego się na falach jachtu, słuchając rozkazów Kapitana. A mąż koleżanki w tym czasie, pod pokładem trząsł się ze strachu. Takie to było parę lat żeglowania. Byłam świetnym operatorem żagli, szotów itp., itd. – natomiast sternikiem byłam zawsze marnym. Z pokorą poddawałam się rozkazom tych, co się znali bardziej… I nagle…. I nagle urodziłam dzieciaki a z szalejącej dziewczyny, zmieniłam się w trzęsącą mamuśkę – a jak jacht się wywróci???, a jak wpadnę do wody i się utopię???, a jak bom grota mnie zabije???.. 

Dlatego teraz jestem odrobinę rozdarta pomiędzy chęcią moczenia włosów w wodzie z burty płynącego w pełnym przechyle jachtu a lękiem – a jak coś się stanie???…

No, ale jedziemy. Czas zapomnieć o lękach, i raczej trzymać się myśli, że będzie fajnie. Pan Mąż chce porządnie pożeglować pod komendą dobrego kapitana i w końcu zdać egzamin sternika pełnomorskiego, plus sternika motorowego – trzeba wspierać Pana Męża ;) 

Jedziemy w zestawie z chłopakami. Kasieńka w tym samym okresie jedzie na kolonie młodzieżowe w Bułgarii – spełnia marzenia wakacji w hotelu, z basenami, plażą i drinkami z palemką ;) Nie wiem jak ja to przeżyję… Ilość czyhających niebezpieczeństw, które jak stwory z wielkimi zębiskami wdzierają mi się do umysłu, produkowane przez moją niezawodną wyobraźnię powoduje, że czuję się na samą myśl o wyjeździe mojej córeczki szczęśliwa inaczej. Ciężkie jest życie mamy już pełnoletnich, a jeszcze tak mało, w jej odczuciu, dorosłych dzieci… Ale co zrobić – z gniazda trzeba wypuścić a poza rozmawianiem, rozmawianiem i rozmawianiem, nic się więcej ani nie wymyśli, ani nie zrobi. Dajemy poprzez wychowanie, dzieciakom jak najmocniejszy kręgosłup i puszczamy w rozfalowany ocean życia, licząc na to, że dadzą radę, i że w razie potrzeby zawsze znajdzie się ktoś, kto im rzuci koło ratunkowe… A swoja drogą – dziękuję Bogu za telefony komórkowe. Nie wiem, jak to dorastanie dzieci przeżywali nasi rodzice, którzy nie mieli z nami kontaktu przez dwa, trzy tygodnie wakacji?… Tak, czy siak lepiej, że teraz kontakt jest praktycznie stały Ale nie uwolni mnie to od martwienia się. Oczywiście tutaj stoję na drugim biegunie w stosunku do Pana Męża, który chwilę po decyzji o wyjeździe Kasieńki do Bułgarii i wizji dyskotek w nocnych klubach, nie był do końca zadowolony a nawet trochę się martwił. Natomiast obecnie żyje już tylko naszym wyjazdem… Ot, mężczyźni…

Także – ja, Pan Mąż, Filip i Kuba jedziemy na żagle z nurkowaniem do Chorwacji i potem w obiecane mi góry, a Kasia do Bułgarii.

Wyjeżdżamy jak zwykle koło czwartej nad ranem – jeszcze przed wschodem słońca. Z przydrożnych lamp przygląda nam się bociek czekający na świt.

Machamy boćkowi i w drogę. Kierunek Chorwacja – Murter, a dokładnie mówiąc Betina koło Murteru. Tam mamy odebrać jacht, spotkać się z naszym Panem Kapitanem oraz naszymi współtowarzyszami jachtowej doli i niedoli ;) Maćkiem i jego synem Bartkiem – którzy dolatują do nas samolotem. My mozolnie jedziemy samochodem. Zapakowanie się do samolotu ze szpejem nurkowym nie jest łatwe, no i jeszcze moje góry w drodze powrotnej… Musimy jechać samochodem :)

Z reguły, gdy jesteśmy w podróży słuchamy płyty Zespołu Reprezentacyjnego z piosenkami Georges’a Brassensa ”Kumple to grunt”. Tym razem okazje się, że nie możemy na Spotify tej płyty znaleźć, natomiast wyskakuje płyta z piosenkami Lluisa Llacha. Nie znaliśmy jej. Przesłuchujemy pierwszy raz i okazuje się być kolejną bardzo dobrą płytą tego stworzonego przez dziennikarzy zespołu. Talent muzyczny połączony z inteligencją daje słuchaczom prawdziwą ucztę – zarówno muzyczną, jak i umysłową. A tłumaczenia poezji Llacha są tak samo dobre, jak Brassensa. Znajdują się tam ”Mury” dobrze nam znane z wykonania Karczmarskiego. Zaśpiewane są świetnie a końcówka w oryginale brzmi absolutnie fantastycznie. Jedziemy, więc sobie z Panem Mężem słuchając Zespołu Reprezentacyjnego i jest nam całkiem dobrze. A nasze chłopaki??? Jak to nasze chłopaki – śpią ;) Szkoda tylko, że płyta ma tylko 6 utworów – zdecydowanie za mało…

Zatrzymujemy się na stacji benzynowej, szybka wizyta w toalecie i zaczyna się…. Filip, na moje jakieś uwagi, robi całościową pogadankę w stylu psychoanalizy. Wywiązuje się z tego międzypokoleniowa afera . Oj, trzeba już naprawdę zacząć jeździć osobno… Dochodzimy do wspólnych konkluzji nie psucia sobie wakacji i jedziemy dalej słuchając tym razem Dżemów – tutaj nasze pokolenia absolutnie się łączą :)

Dostajemy dwie informacje prawie w tym samym momencie – po pierwsze od Kapitana, że jest na miejscu i na nas czeka, po drugie od Maćka, że robi zakupy w Kauflandzie a tam są najlepsze zupki chińskie (wakacje zobowiązują do niezdrowego odżywiania się – zupki raz w roku przez tydzień nie zabijają ;) ), więc też nam kupi. Przesyłamy zamówienie – 8 ostrych, osiem łagodnych. Wysyłam zapytanie, co mamy kupić w Chorwacji – ponieważ oprócz zupek chińskich dostarczonych drogą lotniczą oraz cukinii i pomidorów, które strategicznie, jak zawsze latem, zabrałam z ogródka – coś więcej na jacht trzeba do jedzenia zabrać… Odpowiedź Maćka – ”zrobimy shopping rano a wieczorem zapraszam na kolację”… No proszę – mamy naszą Zosię Samosię ;D. Maćku drogi – jutro skoro świt wypływamy – przygoda czeka – a zakupy trzeba zrobić dzisiaj… Niestety musi Pan Maciek, pozwolić nam zrobić zakupy, ponieważ wyląduje w Chorwacji dopiero po godzinie osiemnastej. Maciek ułudnie opiera się na myśli, że zrobię zakupy lepiej, ponieważ mężczyźni kupują tylko to co na kartce żonki zapisują. Nic bardziej mylnego – u nas bohaterem shoppingu spożywczego jest Pan Mąż – ja tego nienawidzę. Przesyłamy sobie do zobaczyska i każde swoją drogą, my naziemną – pilotowani przez Pana Męża

Maciek z synem powietrzną – pilotowani przez Pana Pilota ;) –

zmierzamy w tym samym kierunku – do Betiny koło Murteru.

Tym razem gra nam Marillion – album Holidays in Eden.

Jeszcze kilka postojów dla Porucznika Wodospada (moja ksywka z czasów norweskich – co krzaczek to postój na sikanie ;) ) i dojeżdżamy do chorwackiej granicy. A tutaj pięciokilometrowa kolejka do przejścia granicznego – O, Matko :o

Jest gorąco 29 stopni na zewnątrz – klimatyzacja nie daje rady. Jak tylko mówię o tym fakcie głośno to zauważam, że zamknęłam sobie nad ranem nawiewy powietrza. Cóż, nie dziwne, że wszystkim jest jako tako a ja się duszę… Otwieram nawiewy i od razu jest lepiej, ale kolejki to nie przyspiesza… :( Trochę złości nas fakt, że pasem dla ciężarówek cwaniaczki w osobówkach przedostają się do przodu i spowalniają tych co uczciwie czekają na swoją kolej… Ot takie to uczciwe człowieki. Szczególnie ten, który nas pasem dla ciężarówek mija z różańcem dyndającym na lusterku. Z jednej strony modlitwa, z drugiej oszustwo – pewnie dobry, praktykujący katolik… ;)  
Proponuję jednak uczciwym inaczej uważać, ponieważ co jakiś czas słoweński policjant na motocyklu wyłapuje tych co łamiąc przepisy chcą ominąć kolejkę.

I tak wolno, metr za metrem, mijamy najpierw słoweńską granicę a potem chorwacką – zajmuje nam to dwie godziny! A po minięciu granicy mamy jeszcze prawie cztery godziny drogi – 392 kilometry… Dużo. W pewnym momencie patrzę do lusterka i stwierdzam, że zerka z niego na mnie co nieco zmęczona twarz Pani Żony i Pani Matki. Kiedy to się stało, że przestałam wyglądać na świeżutką trzydziestkę i częściej mówiono mi cześć, niż dzień dobry?… Teraz absolutnie patrzy ze zwierciadła samochodowego prawie pięćdziesięciolatka… Boże, zaczęłam wyglądać na swój czterdziestodziewięcioletni wiek…Wzdycham głośno do Matiego – może by jednak zmienić zdanie i poddać się operacji plastycznej?… Pan Mąż na to – chyba coś jest nie tak, jeżeli osoba, która zawsze twierdziła, iż trzeba się starzeć z godnością, mówi o operacji plastycznej. Człowiek, jako istota rozumna, może zmienić zdanie (potoczniej mówiąc – tylko krowa zdania nie zmienia) – odpowiadam. A tym bardziej kobieta zmienną jest… Na co Pan Mąż – to ja sobie odessę tłuszcz z brzucha (a byłoby co ;) )Tłuszcz z brzucha to co innego – grozi zawałem, bo tłuszcz się wtedy masywnie odkłada w naczyniach – mówię. A operacja plastyczna? Też grozi powikłaniami – rzutko odbija piłeczkę Pan Mąż. Jasne – mówię – szczególnie dla portfela ;D Tutaj już śmiejemy się razem. Tak się tyko droczę z Matim, nie poddałabym się operacji plastycznej i z reguły spokojnie przyjmuję już nie taki owal twarzy i kolejną zmarszczkę – ale dzisiaj jakoś nie do końca podoba mi się ta, coraz widoczniej zbliżająca się wielkimi krokami, pięćdziesiątka… Nic uśmiechnę się do niej – to może zdejmę jakiś roczek, dwa. Nic tak nie odmładza jak uśmiech – dlatego śmiejmy się dziewczyny jak najwięcej a na zmarszczki nie zwracajmy uwagi ;)

Wpadamy w kolejny korek – najpierw kilkukilometrowy, potem kolejny dwudziestodziewięciokilometrowy! Jedziemy i jedziemy, a właściwie  stoimy i stoimy.

Zaczyna padać deszcz. Samochód za samochodem, kropla deszczu za kroplą deszczu.

Stoimy w kolejnych korkach jeszcze półtorej godziny…

W końcu przestaje padać, wyjeżdżamy z korka.

Skąd się wziął? – nie wie nikt… Ani wypadku, ani robót drogowych, ani zakorkowanych zjazdów z autostrady, ani bramek płatniczych… Ot, tajemnica autostradowych korków –  znikąd się pojawiają i tak samo się rozpraszają a człowieki tracą w nich całe godziny…
W momencie, gdy zaczynamy jechać szybciej orientujemy się, że pękła nam przednia szyba – po uderzeniu jakimś kamykiem.

Martwimy się, że rozsypie się bardziej… Ale szyba i my jakoś się w tej niezbyt łatwej podróży trzymamy ;)

Czterysta kilometrów mija. To w krajobrazie malowanym przebijającymi się promieniami słońca, w melanżu biało-szarych chmur.

To w przestrzeniach pod pogodnym niebem, tylko z białymi barankowymi chmurkami.

W końcu widzimy morze.

Przed godziną 19.00 dojeżdżamy do miejscowości Tisno położonej, już tylko parę kilometrów od naszego celu czyli miejscowości Betina, koło Murteru

Znajdujemy market – musimy zrobić zakupy. W sklepie – market Konzum – wpadam w przerażenie – jest taki tłum, że trudno się przebić między ludźmi i ich koszykami. Jakoś dajemy radę…

Z zakupami ruszamy dalej i już po kilku minutach widzimy naszą Betinę.

Meldujemy się w marinie o 19.30 . Witamy się z Kapitanem, który przyjechał do Chorwacji autobusem i czekał na nas w Betinie, aż dojedziemy a w przypadku Maćka i Bartka dolecimy na miejsce.
Przenoszenie na jacht, a właściwie przewożenie rzeczy na wózkach – będziemy pływać jachtem Cyclades 39.3 o wdzięcznym imieniu Helena :)  Mati jedzie po Maćka i Bartka na przystanek autobusowy a ja rozpakowuję rzeczy i z takim trudem zdobyte jedzenie.

Czas rozpocząć wakacje.

Razem z Kapitanem i Maćkami siadamy na decku. Młodzież z coca colą, my z małą whiskey w szklaneczkach. Pierwszy wieczór na jachcie.

Marina jest już pogrążona w mroku, który rozświetlają tylko światła z jachtów a ja nastawiam się na super opowieści Kapitana – wilka morskiego. Niestety pierwsze co słyszę to – Kiedyś to były czasy… Baby na statek wstępu nie miały, bo baba na statku pecha przynosi… :o I na tym się morska opowieść kończy, ponieważ Kapitan przechodzi od razu do ustalania reguł… A mianowicie – Na jachcie najważniejszy jest kapitan i kropka. Nikt nie zaczyna jeść póki Kapitan nie powie smacznego i nie zacznie posiłku. Jesteśmy na kursie i macie słuchać na słowo… Próbujemy zmienić temat, pytając – Gdzie pływał? – nasz pisany dużą, wg własnej oceny, literą Kapitan… Ja??? Wszędzie. Pada odpowiedź, plus parę słów na temat regat amatorów, które wygrał, rejsów z niewidomymi – te dwie rzeczy wzbudzają nasz należny Kapitanowi szacunek. Ale niestety opowieści morskie tak szybko, jak się zaczęły, tak szybko się kończą i Kapitan przechodzi do opowieści z dziedziny mu najbliższej, czyli niby historii…. – Czy wiemy, że nadal jesteśmy pod zaborami, i że Polacy jako Lechowie stanowią podwaliny cywilizacji ludzkiej, jeszcze przed Rzymianami i Grekami? Czy zdajemy sobie sprawę, że nadal jako uciemiężeni musimy walczyć o wolność?… Boże… – wzdycham. Miejmy nadzieję, że się wygada i od rana będzie po prostu Kapitanem-Żeglarzem, a nie wykładowcą ”niby historii”… Zmykamy spać, ukołysani spokojnym ruchem portowych wód…

Rano śniadanko, klarujemy jacht – w trakcie których to czynności Kapitan cały czas wykłada podstawy żeglarstwa tzn. robienie węzłów – teraz? Jak trzeba wypłynąć? Ok. Ale trudno sklarować jacht bez odzywania się – Maciek przerywa Kapitanowi o coś pytając. Ja odpowiadam Maćkowi i jak myślicie kto dostaje porządne odgórne zmywanie głowy za przerywanie Kapitanowi i polecenie trzymania buzi na kłódkę, gdy kapitan mówi?… Ja… Ok. Przyjmuję na moją kobiecą klatę krytykę – przepraszam za przerwanie i tyle… Wypływamy. Jakoś ogarniamy wybranie cum i płyniemy… Ustalamy, że chcemy dwa dni w jakiś ładnych małych, klimatycznych marinach, resztę noclegów na kotwicowiskach, plus dwa dni fotograficzne w rezerwatach. Nie ma sprawy – mówi kapitan i wytycza trasę do pierwszego portu.

Musimy na polecenie Kapitana ubrać szelki – są strasznie niewygodne, ale jako niepływający wcześniej na szerokich morskich wodach – przynajmniej ja i dzieciaki – przyznajemy rację, że lepiej szelki mieć… Panowie solidarnie też szelki ubierają :)

Tatusiowie pomagają ogarnąć szelki pociechom – bo szelki na najmłodsze latorośle są za duże…

Ale ponieważ trudno jest zmniejszyć coś, co nie jest zmniejszalne, bez uszkodzenia trwałego – to Pani Żona jednego z tatusiów, czyli ja, jak zwykle wspieram poprawki krawieckie… – posiłkując się bandażem ;D Bandaż w apteczce zawsze warto mieć – można np. związać z tyłu szelki i tak je zmniejszyć ;D

Stawiamy pierwszy raz żagle, a ponieważ się grot blokuje, to konieczność wspięcia się na maszt z ochotą wykorzystuje Pan Mąż – z miną uszczęśliwioną… Jako z gatunku męskiego, co z drzewa swojego czasu zszedł ;D

Oczywiście wg Darwina, bo przecież nie wg Kapitana – wg którego człowiek od razu był nadczłowiekiem – białym, olbrzymim i niezwykle inteligentnym – no i oczywiście Polakiem… To skąd się wziął taki Kapitan?… Ot, zagadka cywilizacyjna… ;D

Rzeczony Kapitan najpierw steruje sam, potem bierze się za szkolenie Matiego, który zapowiedział, że chce zrobić kurs żeglarza i sternika pełnomorskiego. Ok. Ja siedzę sobie przy żaglach z aparatem i obsługuję foka, klaruję liny – o jak ładnie ;) – w obsługiwaniu żagli i lin byłam kiedyś niezła :D

Focę wybrzeże. Wieje wietrzyk, jest super. Fotografuję też świetnie radzącego sobie za sterami  Pana Męża, któremu kibicuje synuś :)

Płyniemy sobie wesoło,

Starając się nie słuchać gadania szanownego Kapitana, który w kółko o zaborach, nieszczęściu Polaków itp, itd…

Przy sterze zmienia Matiego najpierw Kuba – zachwycony, że może posterować… :)

Niestety po kilku ostrych reprymendach ze strony Kapitana, co do nieogarnięcia się – bo przecież stoi za sterem całe dwie minuty, więc błędy już są niedopuszczalne – mina Kuby zmienia się diametralnie…

Nie podoba mi się to traktowanie Kuby – ale póki co nic nie mówię… Może ma Kapitan zasadę twardej szkoły. Zobaczymy… Stery z powrotem przejmuje Mati a chłopaki młodsze idą w spędzanie czasu poza żeglowaniem aktywnym… O dziwo nie w komórki i gry, ale w książki :)

Robi się coraz goręcej, słabo wieje, więc część załogi – w tym najmłodsze latorośle – ściągają szelki. 

Bartek postanawia też spróbować sterowania, wymienia Matiego a nasz Kapitan pieje z zachwytu, jak to Bartek świetnie sobie radzi. Faktycznie Bartek czuje łódkę i płynie bez stresu bajdewindem :)

Kapitan wychwala Bartka, jako urodzonego żeglarza, odpowiadając na wszystkie jego pytania i pomagając przy sterze – zupełnie inaczej, niż gdy za sterem stał Kuba… Czyli to nie po prostu twarda szkoła żeglowania… Bartkowi po chwili się nudzi i mówi, że chce przestać sterować. Kuba na to widzi jakąś szansę na drugie, lepsze otwarcie w kwestii żeglowania i staje za sterem.

Niestety, nic z tego synu – już widać, że Kapitan należy do tych co lubią wybierać pupilków. Ton inny, ogarniaj się dziecko… Co robisz? Głos ostry, ledwo tłumaczy, po chwili – Daj tacie… Pytam z ciekawości Kapitana kim jest z zawodu? Zgadnijcie? Nauczycielem… No to tendencję do wybierania sobie pupilków i ścinania innych mamy oczywistą… Wiadomo, że nie dotyczy to wszystkich nauczycieli, ale ogólne skarżenie się rodziców dzieci nie wybieranych na tych wyróżnianych – znamy…

Kuba idzie pod pokład – ma dosyć. Nie mówiąc o płaczu na końcu nosa. Ale stara się trzymać twardo…

Steruje znowu Mati, który jak to do pojazdów – niezależnie, czy na kółkach, czy też nie – tzw. czuja ma… A Kapitan zaczyna młodzież – tzn. Filipa i Bartka (Kuba jest w kajucie) – uczyć węzłów. Tutaj ratowniczy.

I znowu Bartuś (nota bene niczemu niewinny) jest wynoszony na piedestały a Filip tylko strofowany – mam pomału tego dosyć, ale żeby nie zaogniać atmosfery zatapiam się we własnych myślach i fotografowaniu, plus wzrokowym wspieraniu mojej starszej latorośli, która jako wytrenowana w szkolnych przeciwnościach losu, póki co ma zbijanie przez kapitana w nosie i spokojnie oraz wytrwale ćwiczy węzły. Postanawiam też poćwiczyć węzeł ratowniczy – jako takowy co jednak może się przydać. Kapitan mi pokazuje sposobem dalekim od cierpliwego, co chwilę dodając – ogarnij się, myśl, nie tak… Postanawiam sobie nagrać, jak Kapitan węzeł robi i poćwiczyć  potem. Kapitanowi nudzi się szkolenie, więc dalej idzie w opowieści historyczne – wiadome – tym razem 30 metrowi ludzie… Ok. Ja nie słucham, Mati coś tam próbuje dyskutować, Maciek znudzony idzie pod pokład pograć na internecie w szachy – no bo ileż można słuchać bajdurzenia?… Najgorsze , że Pan Kapitan, oprócz bajdurzenia, pali papierosa za papierosem i bucha z paszczy dymem jak Smok Wawelski… Niestety, na tak małej przestrzeni trudno jest dymu i pięknego inaczej zapachu papierosów uniknąć. Przy czym w moją stronę pada ostry komunikat od Kapitana, że chce zdjęcia z rejsu, ale mam absolutny zakaz fotografowania go z papierosem. A jakieś słówko – proszę??? Cóż… – wszystko na ten temat.

Po dwóch godzinach Pan Maciek wychodzi na pokład a Kapitan bajdurzy po swojemu dalej – mina Maćka kwitująca sytuację… 

A Kapitan dalej swoje…

I po chwili – ok. Nie możesz czegoś zmienić – trzeba się pogodzić i cieszyć życiem… Przecież gościa za burtę nie wyrzucimy… No i ma nas nauczyć żeglowania ;D

Nie damy się ponuremu nastrojowi z powodu bezsensownych zachowań i gadania jednego człowieka… Tym bardziej, że jest naprawdę pięknie :)

Zatapiam się w tym pięknie Chorwacji widzianej z morza…

W białych żaglach na morzu.

W małych wysepkach porośniętych drzewami piniowymi.

Między linami wypatruję lecącego  kormorana czubatego (Phalacrocorax aristotelis).

Dalej grupa młodych kormoranów – roczniaków – siedzi na boi,

a woda pięknie się błyszczy słońcem.

Wystarczy przełączyć umysł ze słuchania mowy, na jednostajne bzyczenie i po prostu wchłaniać piękno otoczenia…. I oczywiście mieć cały czas aparat fotograficzny pod ręką – zamknięty w szczelnym worku nurkowym. Szybko dostępny a bezpieczny :) Przy dużej fali lepiej mieć aparat do fotografii podwodnej, który wystarczy zabezpieczyć liną przed utopieniem a zalanie przecież mu nie grozi… ;)

Piękno pięknem, ale ja zaczynam odczuwać lekkie skutki długiego płynięcia – jest mi niedobrze i zaczyna boleć mnie głowa. Absolutnie nie mogę wchodzić pod pokład. Piję drobnymi łykami wodę, przegryzam krakersy i jakoś daję radę. Wiem jednak, że moje kłopoty związane z kołysaniem dopiero się zaczynają…

Dopływamy do portu wybranego przez Kapitana i określonego jako klimatyczny – Sukosan. Patrzymy rozczarowani – same blokowiska…

Decydujemy się nie zatrzymywać – pomimo naprawdę dużego zmęczenia na blokowiska dajemy stanowcze veto. Płyniemy dalej – już na silniku i w końcu wpływamy do Zadaru. Może też nie jest to mały, klimatyczny port, ale dalej na pewno nie możemy płynąć – jesteśmy zmęczeni i głodni. Natomiast bezwzględnie ładniejszy, niż Sukosan.

Przepłynęliśmy 65 kilometrów i płynęliśmy non stop ponad 8 godzin.

Jest 19.09. Przybijanie do kei – nerwowe. Nie tak ogarniamy cumy. Trzeba było nas przeszkolić przed dopłynięciem do portu a nie gadać o 30 metrowych ludziach i w kółko ćwiczyć dwa węzły. Podstawy dopływania do portu, cumowania i odpływania by się przydały… Zadaję pytanie – którędy najlepiej przerzucić cumę rufową (nigdy nie pływałam na takim jachcie – tylko na małych jachtach mazurskich i to jak wspominałam wcześniej ponad dwadzieścia lat temu)? milczenie. Pytam 5 razy – brak odpowiedzi. Mati pyta o dziobową raz – odpowiedź natychmiastowa… Dobra – myślę. Ogarnę sama… Ogarniam niestety nie do końca dobrze. Kapitan mnie odpycha i wścieka się… Że mam się ogarniać, bo tacy co źle obsługują cumę i robią nieprawidłowo węzły przynoszą wstyd Polakom… O Matko… Serio???… Zapytałaby moja Kasieńka… Patrzę na Maćka, który ma wszystko w nosie i z pełnym spokojem siedzi pod pokładem grając w szachy (a grać to on potrafi – dziennie rozgrywa około 100-200 partii szachowych blitz  – termin określający błyskawiczną partię szachową) i myślę, że trzeba by wziąć z Pana Maćka przykład i spuścić na drzewo Kapitana naszego… Przepraszam grzecznie pana z drugiej łodzi, który przejmował ode mnie cumę, tłumacząc, że robię to pierwszy raz. Uśmiecha się miło i mówi – Nie szkodzi, przecież każdy kiedyś zaczynał. Uśmiecham się i w duszy bardzo żałuję, że nie możemy mieć takiego człowieka za Kapitana… 
Miły Pan ma też ładną łódkę motorową, na której zadaszeniu siedzi sobie rzeźba drapieżnego ptaka.

Inteligentnie – mewy bezpośrednio nad łodzią latać nie będą, bo się drapieżnika boją. A daszek z pokładem unikają ptasiego zabrudzenia :)

Idziemy do małej knajpki w porcie – gdzie na całe szczęście jedzenie jest pyszne :) Ja niestety mam odrobinę trudności w zjedzeniu wszystkiego – jeszcze mnie buja… Za to chłopaki jak widać na przykładzie Pana Maćka i Bartka absolutnie nie mają problemów z konsumpcją ;D

Po kolacji wracamy na jacht. Potem kąpiel i wieczorny drineczek. A nasz kapitan znowu zaczyna bajać o naszej … historii!!! Znowu próbuje nas przekonać do 30 metrowych ludzi, którzy kiedyś chodzili po ziemi, o czasach sprzed murzynów i innych niby ludzi, których lepiej żeby nie było, myli homoseksualizm z gender a w ogóle na świecie wg naszego patrioty powinni być tylko biali a dominować powinni, do tej pory przez cały świat uciemiężani Polacy – jako zadośćuczynienie… Nie mogę… Nic nie mówię, zostawiam chłopaków kpiących z Kapitana na całego – tylko, że Kapitan nie ogarnia sarkazmu – i idę spać…

Rano śniadanie i wypływamy… I znowu to samo… Ciągłe wykłady z zakresu niby historii – Maciek sprawdza stronę na której piszą o kilkumetrowych ludziach (bo 30 metrowych nie znajduje) – znajduje. Strona www.ujarani.pl. Super… Proszę po cichu moich chłopaków, żeby wiedzy historycznej od Kapitana, niby (wg jego własnych słów) nauczyciela historii i pedagoga, nie czerpali. Żeby przerwać opowieści dziwne pytamy, czy wziął gitarę. Przed wyjazdem (telefonicznie) mówił, jak świetnie gra na gitarze, śpiewa szanty a dowiedziawszy się, że nasz Filip też gra na gitarze i dodatkowo na skrzypcach – praktycznie wymusza wzięcie przez naszą latorośl skrzypiec, zamiast gitary (którą Filip zdecydowanie woli), ponieważ on marzy o graniu w duecie ze skrzypcami. Filip skrzypce wziął, a Pan Kapitan? A pan Kapitan mówi, że gitarę komuś pożyczył… Widać zawód na twarzy Filipa – liczył, że w czasie rejsu na gitarze kapitana – poza koncertami w duecie – pogra.

Płyniemy, fajnie wieje i znowu powtarza się historia z dnia poprzedniego. Mati – szkolenie, Bartek – peany, Kuba, Filip – degradowanie i burczenie, ja – brak postrzegania i odpowiadania na moje pytania. Kuba przy sterze- nic nie potrafisz ogarnąć dziecko!… Bartek przy sterze a Kapitan – Popatrzcie jak Bartek steruje! Urodzony żeglarz!… Zaczynam się ciut buntować… Nikt nie będzie tak traktował moich dzieci. Kuba ma płacz na końcu nosa, Filip się nie odzywa, Maciek pod pokładem, Pan Mąż jak zwykle nie chce zaogniać sprawy, a mnie zaczyna szlag trafiać. Mówię spokojnie o równym traktowaniu dzieci. Ale brak reakcji…. Jak steruje Mati siedzę przed nim i patrzę na busolę. Zadaję pytanie – praktycznie pierwsze pomijając cumy, dotyczące wskazań na busoli i słyszę. Nie zawracaj głowy będziesz miała swój dzień. Teraz ćwiczy Twój Mąż. Za chwilę pyta o coś na busoli Bartek i Kapitan oczywiście odpowiada. W tym momencie przestaję pisząc o naszym kapitanie, zapisywać go wielką literą. Od tego momentu – myślę i piszę o tym człowieku przez małe ”k”.

Mati chce odpocząć i daje ster Filipowi, który o dziwo nagle się jakby budzi po spadku formy na skutek docinków kapitana. Jest jak odrodzony i z łatwością płynie ostrym bajdewindem, bawiąc się coraz mocniejszymi przechyłami. Dokładnie w miarę wzrastania u naszego najstarszego syna fanu z żeglowania, wzrasta przechył, którym płynie jacht.

Młodsze chłopaki krzyczą z radości, ja mam żołądek ściśnięty w pętelkę a Pan Maciek, nasza siła spokoju, konstatuje – W końcu się coś dzieje… ;D

Razem z Kubusiem operujemy fokiem. 

No i żeglujemy na całego… A wiatr harcuje nie tylko na żaglach – i jak tutaj sobie fryzurowo poradzić?… ;D

Filip się nawet chwilowo doczekuje pochwały – Popatrzcie, ale w końcu ogarnął… Zaczyna coraz mocniej wiać, 4, 4,5, 5 w skali Beauforta.

Żeglowanie robi się coraz trudniejsze. W końcu mamy 6 w skali Beauforta – a Filip dalej przy sterze. Zaczynam się denerwować. Filip steruje pierwszy raz w życiu, od niecałej godziny… Trochę słabo jak na 6 w skali Beauforta. A do tego kapitan nie zwraca niego uwagi, siedząc w kucki na deku, z nosem w mapie. Mati chwilowo jest pod pokładem – swoją drogą nie wiem jak tam Panowie Mati i Maciek wytrzymują. Buja strasznie – nawet na pokładzie jest mi niedobrze a co dopiero w zamkniętej przestrzeni pod pokładem. Najwyraźniej Panowie choroby morskiej nie mają. Tak, więc proszę sama kapitana spokojnie raz, drugi o przejęcie sterów – bez odzewu… W końcu łódź tak się przechyla, że prawie wyrywa Filipowi ster. Co Ty wyprawiasz?!!! Nie potrafisz sterować czy co?!!! – krzyczy nasz mądry inaczej kapitan. No teraz to krzyczę ja, żeby przejął stery – wieje już 6,5. Zero jachtów na morzu a nami steruje chłopak bez doświadczenia. Zaczynam krzyczeć na szanownego kapitana, żeby się przestał wygłupiać. Ten na mnie wrzeszczy, że mam się przymknąć i nie siać paniki, sam natomiast sprawia wrażenie opanowanego inaczej. Uspakajam głos – bo faktycznie panika tutaj nie jest na miejscu, ale przecież wcześniej, gdy widziałam wzmagający się wiatr spokojnie prosiłam, żeby usiadł za sterem kapitan. Po pierwsze boję się o dzieci a po drugie to jest nasz drugi dzień pływania na miłość Boską i nie jesteśmy jeszcze wyszkoloną, zgraną załogą. Proszę, żeby Kuba z Bartkiem ubrali kapoki, jachtem miota, kapitan też się miota – bo trzeba refować żagle. Ster przejmuje Mati – przyjmuję to z ulgą. Pan Mąż o sterowaniu już pojęcie ma. Nasz kapitan wykrzykuje polecenia do refowania foka a potem grota. Ja się uspakajam, jacht płynie w mniejszym przechyle, na dodatek odwracam uwagę od morza poprzez zajęcie się żaglami. Grot się blokuje – kapitan przejmuje ster a Mati przypina się, żeby przejść do żagli – buja okropnie –

i  ręcznie pomaga ściągać grota.
Liny chodzą ciężko – pracujemy ramie w ramię z Filipem i Maćkiem a i tak jest ciężko. Najmłodsze chłopaczki siedzą w kapokach, ale jakby mało wystraszone – taki mały rollercoaster na morzu ;)

W końcu cała sytuacja się uspakaja, wiatr trochę słabnie, Mati wraca do sterów, Pan Maciek do szachów, ja przepraszam za chwilę paniki, kapitan nie przeprasza za nic…

Dzieciaki są coraz głodniejsze i Maciek postanawia zrobić chińskie zupki. W takim przechyle? Niech próbuje. Ja nie mogę nawet na chwile zejść pod pokład, ponieważ mam zaraz napady nudności. Moja choroba morska rozwinęła się w stan, na ten moment, troszeczkę utrwalony. Pozostaję, więc tylko przy wodzie i krakersach, plus ochronie dzieciaków przed poparzeniem się zupkami, jedzonymi z metalowych rondelków. Talerze, nawet te głębokie, w tych warunkach okazały się pomysłem niezbyt trafionym ;)

Wieje cały czas dosyć mocno i pomału widać konsekwencje falowania na naszych latoroślach – cały czas poubieranych w kapoki…

Najstarszy też ma dosyć – fan minął, teraz czas na nudności ;)

Buja nie buja, nudności nie nudności – muszę przemyśleć parę spraw. Stwierdzam w duchu, że muszę podejść do sprawy strategicznie. Ponieważ nie mam szans na wzięcie pod uwagę przez kapitana pomysłu skierowanego bezpośrednio ode mnie, biorę pod pokład Pana Męża – pomimo tego, że jest mi okropnie niedobrze. Mówię Matiemu, że dzieciaki i my bezwzględnie potrzebujemy fikania w wodzie. Odrobiny luzu… No i może ponurkujemy – kuszę… Pan Mąż przytakuje i przekazuje pomysł jako swój kapitanowi – też już wie, że to jest jedyna, póki co droga życia na tej małej przestrzeni z naszym kapitanem. I co? Pełny sukces – przechodzimy na silnik, mapa na stół i Panowie – wybierają najbliższe kotwicowisko – 

w zatoczce maleńkiej wysepki, przylegającej do wyspy Otok Setrunj.

Boże… Jak ciężko być szyją tylu głów… Szczególnie, gdy jedna z nich jest nie za wysokich lotów myślowych ;D

Po przekazaniu informacji o płynięciu w stronę wodnych igraszek, towarzystwo ożywia się natychmiast i do fotek robi pozytywnie skierowane kciuki w górę

Nawet Pan Maciek, choć mina szachisty pozostaje ;D

Pan Mąż steruje – pogodnym wzrokiem wypatrując dogodnego miejsca do zacumowania.

A ja, gdy opływamy wysepki, z radością zauważam kolejną rodzinkę kormoranów – co oczywiście napełnia mnie szczęściem :)

Tym razem są i osobniki starsze wybarwione na czarno i młodsze jeszcze szarawo-beżowe. Śliczne… :)

W końcu dopływamy do miejsca, gdzie możemy spróbować stanąć na kotwicy. Wygląda fajnie a brzeg sugeruje, że można będzie coś z fauny morskiej pod wodą zobaczyć i sfotografować…

Już wiem, że zrobię wszystko, żeby brykać tu do wieczora i nigdzie już nie płynąć. Zresztą patrząc na uszczęśliwione miny dzieciaków, nie mam wątpliwości, ze będę miała zagorzałych zwolenników tego pomysłu po swojej stronie :D  Jest co prawda dopiero piętnasta i przepłynęliśmy dzisiaj tylko 30 kilometrów w 3 godziny 45 minut.

Ale jeżeli mamy zjeść obiad, ponurkować i pofikać w wodzie, to moim zdaniem nie ma sensu płynąć dalej, tylko trzeba zrobić sobie czas relaksu – tak sobie myślę jako szyja ;D

Na początek trzeba jednak zrzucić kotwicę . Decyzja – dwie kotwice – jedną dziobową i drugą zapasową z rufy, żeby łódź nie dryfowała, gdy będziemy pływać i nurkować. Druga kotwica jest tym bardziej konieczna, że mamy sporą falę a w miejscu, gdzie chcemy kotwicować są jeszcze dwa jachty. Dokładne wskazówki co do wiatru oddziaływującego na jacht i sposobu zabezpieczenia go przez kotwice nasi Panowie uzyskują od kapitana. Tutaj widać, że zna się na rzeczy. Co prawda, każde moje pytanie jest pomijane milczeniem, ale chłopaki pełne informacje dostają a najważniejsze jest przecież, żeby w końcu wskoczyć do wody – więc nie przeszkadzam, tylko fotografuję proces pierwszego stabilizowania jachtu na kotwicach w wykonaniu, męskiej części naszego zespołu.

Z dziobową kotwicą spuszczaną poprzez windę kotwiczną idzie gładko, ale kotwicę zabezpieczającą jacht od rufy trzeba zrzucić z pontonu. Pan Mąż z najstarszym synem zabierają się do pracy :)

Jak widać zbyt lekką – to kotwica nie jest…

W końcu sukces – kotwica rzucona :)

Chłopaki wracają a młodsi adepci sztuki żeglarskiej dzielnie pomagają dociągnąć ponton do jachtu.

Niestety po chwili odpoczynku czujemy, że jednak dryfujemy. Pan Mąż wskakuje do wody i sprawdza, czy kotwice trzymają…

Rufowa nie trzyma… Trzeba kotwicę wyciągnąć i rzucić jeszcze raz. Tym razem do akcji wkracza Pan Maciek, ze stoickim spokojem mówiąc – spoko damy radę…

Ojoj… Wyszarpanie kotwicy na niestabilny ponton jest jednak nie lada wyzwaniem i wysiłkiem…

Dobrze, ze Pan Maciej oprócz bycia szachistą, siły fizycznej ma – a lot of ;)

Jeszcze tylko wyciągnąć kotwicę na ponton…

Kawałek dalej rzucenie kotwicy jeszcze raz…

Chwila oczekiwania i Pan Mąż przekazuje ok – ejkę :)

Kotwica trzyma. Jak widać – najważniejsza jest spokojna, zgodna praca zespołowa :D

Czas na brykanie w wodzie – najmłodsze chłopaki zaczynają od pontonowania ;)

A my – Maciek, ja i Pan Mąż (najlepszy w sosach) przygotowujemy mały posiłek – spaghetti. Plus klarujemy szpej nurkowy. Nie mogę się doczekać zanurzenia w wodzie – chociaż czuję lekki stres, ponieważ będzie to moje pierwsze zejście pod wodę z jachtu, a nie spokojne z brzegu. Jak ja wskoczę do wody ze wszystkim na sobie?… :o

Wołamy chłopaków na obiad – pagaje w dłoń i nasze młode wilczki, jako że wygłodniałe, pagajują co sił ;D

Ale dostanie się do miski wcale łatwe nie jest ;D

Obiadek na stole – nakładam sobie nie za dużo. Nie ma nic gorszego, niż pełny żołądek pod wodą – może się skończyć wymiotowaniem do automatu – brrr… Pan Filip coś o tym wie – zdarzyło się ;D

Ponieważ z kajuty wydaje na stół Mati a co niektórzy tzn. nasz kapitan przez małe ”k” – rzucają się na jedzenie z absolutną żarłocznością – to Panu Mężowi muszę oddać połowę z mojej, przecież i tak małej, porcji plus dogotować spaghetti na po nurkowaniu. Masakra. Warto by chyba spojrzeć na całą załogę a nie tylko na swój brzuch kapitanie…

Mati z Filipem kończą klarowanie sprzętu i idą zbadać warunki nurkowe w naszej zatoczce. Filip idzie w krótkiej piance i wraca przemarznięty… Nawet krótkie, półgodzinne, nie za głębokie nurkowanie, bo na 9 metrów – bez odpowiedniego ubrania, jest niezbyt trafionym pomysłem. Organizm w wodzie, nawet jeżeli jest dosyć ciepła, tutaj 22 – 23 stopni, dosyć szybko się wychładza. Niestety nie udało mi się sfotografować chłopaków wskakujących do wody, ponieważ po pierwsze zrobili to bardzo szybko, sprawnie i bez zbędnego marudzenia a po drugie w tym czasie podejmowałam wysiłek ubierania się we wszystko, co, w moim odczuciu, jednak schodząc pod wodę powinnam na sobie mieć – tzn. piankę, kaptur, kaloszki – no i cały nurkowy szpej…

Dlatego zdążyłam uwiecznić tylko bąbelki powietrza, wydychane przez moich Panów schodzących już pod wodę ;)

Za to, gdy się wynurzają jest co fotografować. Pan Mąż wypływa ze zdobyczą – ogromnym małżem!!! Małż (Bivalvia) – to duża i piękna przyszynka szlachetna, szołdra (Pinna nobilis).

Te małże dorastają do 120  cm długości! Postanawiamy odłożyć przyszynkę na dno – zamiast zjeść. Niech sobie żyje…

Filip idzie się ogrzać a ja szykuję się na skok życia – w moim odczuciu oczywiście ;) Tak jak nadmieniłam wcześniej -obawiam się pierwszego skoku do wody z jachtu w pełnym szpeju. Pan Mąż mnie instruuje – jacket napompowany do maximum, płetwy na nogach, trzymasz automat, trzymasz maskę i duży krok do przodu – tak, żebyś nie wpadła pod jacht. Ok. Stoję maskę trzymam, automat trzymam – tylko jeszcze ten krok. Kurczę nie umiem zrobić tego kroku…

Niby niewysoko a jednak wysoko, gdy stoisz w płetwach, to od dna łodzi do głowy trzeba doliczyć w moim przypadku metr siedemdziesiąt… W końcu daję radę.

Krok robię trochę za mały, ale ogólnie szczęśliwie ląduję w wodzie :D

Było super – w ogóle niestrasznie. Wpadłam płyciutko i zaraz jak bojka wyskoczyłam do góry… Ale fajnie :D
Przesyłam w stronę chłopaków na łodzi ok – ejki i jestem absolutnie szczęśliwa… Po pierwsze udało mi się wejście z jachtu do wody, po drugie idę ponurkować, po trzecie idę robić pod wodą zdjęcia, po czwarte jest przyjemnie chłodno, po piąte nie będzie tam kapitana – same szczęśliwości ;D

Razem z małżem zanurzamy się na cztery metry i zostawiamy go przy bojce nurkowej.

Jeżeli się otworzy – to sfotografujemy Pana Małża w drodze powrotnej…

Pod wodą jest spokojnie i pięknie. Nie mam, żadnych problemów z lękiem :) 
Niestety, jeżeli chodzi o faunę do fotogafowania – to nie ma jej za wiele. Dużo jest ukwiałów (Actiniaria) z gatunku serpulowatych (Serpulidae) – rurówka (Protula bispiralis). Wyglądają jak małe drzewka :) A od skałką z rurówką odpoczywa babka czerwonopyska (Gobius cruentatus). Fotografuję, więc komplecik ;)

Wyczuwając ruch wody ukwiał rurówka natychmiast chowa się do swojej osłonki w kształcie rurki.

Nurkujemy 25 minut – płytko i spokojnie na 6,5 metrach. W drodze powrotnej sprawdzamy, czy małż się otworzył – ale nie.

Pewnie nadal trzyma go stres ;) Wynurzamy się. Z poziomu morza, woda układa się przepięknie – jak miękki, lśniący jedwab…

Czuję, że zmarzłam – nie wiem jak Filip wytrzymał pod wodą bez pianki… Wychodzę na łódź. Chłopaczki najmłodsze w czasie, gdy nurkowaliśmy Panem Mężem pobrykały w wodzie. Zamieniam się szpejem z Kubą i Kubuś jak mały wielorybek fika do wody idąc z Panem Tatą na nura. Ja się suszę, przebieram, pytam – czy reszta towarzystwa jest chętna? Kapitan mówił, że nurkował na 30 metrach. Reszta tzn. rzeczony kapitan, Maciek i Bartek decydują się ponurkować następnego dnia. Nie wiadomo kiedy zrobiło się po dziewiętnastej…

Tata z Kubusiem kończą nurkowanie. Mati dojada spaghetti – które podgrzewam i prawie własną piersią bronię przed kapitanem. Pomału zapada zmrok. 
Robi się coraz ciemniej. Kubuś, który na tym wyjeździe zaraził się od mamusi fotografowaniem – próbuje fotografować zachód słońca.

Wesoło jeszcze chwilę gawędzimy o minionym dniu.

O tym jak wiało i jak trzeba było zacząć szybko refować żagle a ster był trudny do utrzymania. Pan Mąż opowiada o niebezpieczeństwach, które mogą zastać nas w każdych warunkach natury. Pogoda może załamać się w górach i trzeba zrezygnować ze zdobycia szczytu, pod wodą możesz trafić na prądy, albo poczuć się źle i trzeba walczyć o życie. I tutaj padają bardzo mądre (o dziwo) słowa Kapitana (na tyle mądre, że postanawiam tutaj Kapitana zapisać z dużej litery…) – ”Kto się nie potrafi wycofać to ginie a kto potrafi, doczeka kolejnej bitwy”. I żeby uważać – nie brać samodzielnie jachtu po jednym, czy nawet kilku rejsach – woda i wiatr to żywioły trudne… Z uwagą słucham tych słów, bo są naprawdę mądre. Szkoda, że wszystkie nasze rozmowy nie toczą się w takim klimacie…

Słońce zachodzi za wyspę, malując pomarańczowo-złotym różem niebo

i nagle wszystko znika, oprócz dwóch gwiazd zawieszonych na niebie – to światła na masztach kotwicujących z nami jachtów. Czas spać…

Ranek rozpoczynamy od nurkowania z Panem Mężem przed śniadaniem. Reszta się pomału budzi a my wskakujemy do wody. 
W świetle poranka podwodny świat maluje sie piękniejszymi kolorami, niż wczoraj wieczorem.

Fotografuję budującą się tutaj rafę z małymi koralowcami – gorgoniami (Gorgonacea)

Skałki z innego rodzaju rurówkami i pomarańczowo-brązowymi osłonicami (Tunicata) – strunoogonowe (urochordata).

Ukrywające się w skałkach ryby -tutaj  razem z babką czerwonopyską i osłonicami, wargacz merula (Labrus merula)

a obok kolorowy samiec i szarawo-beżowa samiczka strzępiela pisarza (Serranus scriba)

Na koniec jeszcze spotykamy, zdobiącą dno Adriatyku, rozgwiazdę piaskową (Archaster angulatus ).

Niestety dno Adriatyku zdobią również wyrzucane z jachtów butelki – zdobią inaczej… :(

Nie dziwne – jeżeli więcej kapitanów, skipperów, żeglarzy ma takie podejście do śmieci, jak nasz. Tzn. nasz kapitan od początku rejsu każe za burtę wyrzucać butelki, papier i blaszane puszki – jako biodegradowalne… Niech sobie kapitan i jemu podobni gadają co chcą – ja takich rzeczy do wody wrzucać nie będę. Mogę rybom rzucać resztki ze stołu i tyle….

Wracamy na jacht – pora na Bartka. Wieczorem bardzo się dopominał porannego nurkowania. Wskakując do wody powiedziałam Maćkowi, żeby synusia obudził, nakarmił małą kromką chleba i ubrał w piankę… A tu… Bartek śpi. Tatusiowi żal było synusia budzić. Dobra – pobudka. Kanapka po nurkowaniu – na pierwszy raz będzie ok. 10 – 15 minut a nasz Guru Nurkowy, czyli Pan Mąż czeka w wodzie…

Kilka wskazówek od Guru Nurkowego.

Zapluwanie maski. Co Bartek czyni z niejakim obrzydzeniem – ale nie ma zmiłuj się… Bez zaplucia maski nie ma nurkowania. Ponieważ maska bez porządnego zaplucia i wypłukania w wodzie, w której nurkujesz – paruje i nic nie widzisz… No więc dopilnowuję, żeby kandydat na nurka zapluł kilkakrotnie

i co za tym idzie, wrażenia z podwodnego świata miał przejrzyste.

Ubieranie – przy pomocy Filipa i mojej – kaptura, płetw, przygotowanie odpowiedniej ilości do wagi balastu.

Jeszcze tylko sprawdzenie, czy uszka zabezpieczone. Bartek ostatnio miał z uchem problemy. A ponieważ chore ucho wyklucza zabawy podwodne, więc trzeba o uszy dbać… Co prawda kapitan, jako znający się wg własnej opinii na medycynie świetnie – próbował tłumaczyć, że choroby uszu, katar, choroby skóry i dolegliwości wszelakie, łącznie z rakiem – leczy się wodą utlenioną. I że on nie używa żadnych leków, oprócz w/w wody utlenionej a należy do ludzi wiedzących, co to znaczy zdrowo żyć… – To, my jednak pozwolimy sobie tutaj zdrowo żyjącego inaczej (patrząc na ilości wypalanych papierosów) kapitana nie brać pod uwagę i oprzeć się na swojej wiedzy ;D

Tak, więc nie do końca zdrowe uszko po pierwsze przez Tatę Maćka jest rzetelnie leczone lekarstwem przepisanym przez lekarza a po drugie – dobrze w kapturze zabezpieczone przed uderzeniami o bębenek zimnej wody.

Jeszcze dopasowanie maski –

na pierwszy raz we wszystkim Bartkowi pomagamy i tłumaczymy dlaczego należy coś dokładnie zrobić. Następnym razem ogarnianie się przed wejściem do wody, będzie już samodzielne. Zresztą na początku wszystko wydaje się żmudne a potem tylko raz, raz, raz i już gotowe. Widać to po wytrenowanym Kubie, którego przygotowań – pomijając jacket, butlę i automaty – praktycznie nie postrzegamy. Ale dokładne przeszkolenie na początku każdemu się należy :)

No, wszystko gotowe i na koniec Bartuś wskakuje do wody, gdzie w jacket z butlą ubiera go Mati. Ja biorę maskę, płetwy, aparat fotograficzny do ręki i przystępuję do fotografowania pierwszych krków nurkowych Pana Bartka ;)

Bartuś jest bardzo przejęty,

ale dokładnie słucha tego, co mówi Mati.
Początek, czyli pierwsze zanurzenie pod wodę nie jest łatwe.

Jednak już po chwili Bartuś spokojnie zanurza głowę i płynie.

Po chwili nawet patrzy w moim kierunku :)

Choć piąstki ze stresu zaciśnięte… :)
No to czas na zanurzenie prawdziwe. Pomalutku, spokojnie chłopaki opadają na dno.

Pan Mąż przypomina o wyrównywaniu ciśnienia w uszach noskiem.

Bartek w skupieniu powtarza i pamięta jak się pokazuje ok – ejkę. Brawo… :)

A potem już sam przedmuchiwania noska pilnuje rzetelnie :)

Mati zaczyna pokazywać Bartusiowi muszelki, roślinki i rybki.

Bartuś coś tam obserwuje, ale przede wszystkim w skupieniu oddycha i daje się prowadzić.
Pomalutku wypływają do góry.

Jeszcze pytamy, czy nurkowanie było fajne?

Fajne było ;D

Na koniec zasłużone gratulacje od Guru Nurkowego dla dzielnego chłopca, co pierwszego nura ma za sobą… :D     
3 metry zaliczone – brawo :D

Podsumowanie – Bartek okazał się kursantem z respektem przed czekającym go wyzwaniem, skupionym, słuchającym i od początku do końca zadaniowym. Brawo… Dodamy na przyszłość trochę luzu i zacznie się Bartuś cieszyć tym co pod woda widzi… :D

Teraz kolej na kapitana, który podobno nurkował na 30 metrach. Na całe szczęście Pan Mąż, który nurkuje od ponad dwudziestu lat, ma trzy gwiazdki CMAS-ie, czyli stopień divemastera i we wrześniu przystępuje do kursu instruktorskiego – nie daje wiary słowom, tylko z góry zaznacza, że traktuje kapitana tak jakby schodził pod wodę pierwszy raz, a jak będzie ok., to wtedy da mu ponurkować samodzielnie. Tym bardziej, że patentu nie ma. Już przy ubieraniu szpeju widać, że człowiek nie ma pojęcia o nurkowaniu. A pod wodą jeden stres, wynurzenie, powtórne zanurzenie, żółwikowanie na plecach, miotanie się, trochę przepłynięcia tzn. Pan Mąż prowadzi kapitana za butlę i wszystko obsługuje. Parę minut na trzech metrach i wynurzenie. To nie o to chodzi, żeby wykpiwać  próby nurkowe początkującego w tej zabawie człowieka. Sama wiem, co to lęk i niemożność jego przewalczenia. Tylko po co te opowieści o nurkowaniu na 30 metrach? Tak to jest, że w rzeczywistym świecie podwodnym – pijar się kończy… Nie publikuję zdjęć kapitana pod wodą, chociaż pełny reportaż fotograficzny zrobiłam, ponieważ nie zamierzam publikować wizerunku człowieka, którego nie mogę opisać pozytywnie… Przedstawiam go po prostu jako zjawisko socjologiczne, którego należy się wystrzegać. Nie będę uderzać personalnie.

No, to teraz pora na Pana Maćka, który nie ma w zwyczaju epatować pijarem. Wskakuje na luzie do wody z pełną otwartością człowieka, który nie wie co go czeka ;) Pianki Pan Maciek nie zabrał a ze względu na ”dużość” w nasze się nie zmieści. Muszą starczyć rękawiczki ;)

Chłopaki – wytrawny wielorybek, czyli Kuba i adept nurkowania, czyli Bartek – przyglądają się kolejnemu człowiekowi co pod wodę chce wejść. Bartka postawa mówi – No Tata… Ja dałem radę, to teraz kolej na Ciebie ;D

Pan Mąż vel Guru Nurkowe, po obszpejowaniu w wodzie Pana Macieja,

przypomina, omówione wcześniej, kolejne etapy schodzenia pod wodę i podstawowe znaki nurkowe służące do porozumiewania się w świecie pozawerbalnym – jak ok-ejki, problemy z wyrównywaniem ciśnienia w uszach itp, itd 

Pan Maciej, jak widać trochę zestresowany też jest, ale słucha wydaje się dokładnie. Patrzę trochę ze zdziwieniem – bo tendencję do robienia wg własnego poczucia u Pana Maćka mamy dużą ;D

No i siup pod wodę. 
Chwila problemów z ogarnięciem pozycji po zanurzeniu, oddychania przez automat

i już po chwili płyniemy :D

Nie mijają trzy minutki a nasz Pan Maciej zmienia się w chłopczyka absolutnie zachwyconego tym co widzi na dnie. Zbierając wszystkie muszelki i szkielety jeżowców jakie spotyka. Wyciągając palec pokazuje – tu i tu i jeszcze tam.

Parskam śmiechem do rurki – o mało z rozbawienia nie dławię się wodą.
Uwielbiam, gdy w inteligentnych, dorosłych, na co dzień obowiązkowych, odpowiedzialnych mężczyznach – ojcach i mężach – w sytuacji poza rzeczywistością uwalnia się głęboko schowany chłopiec :D

Panowie płyną za rączkę. Zbierają muszelki, 

Jeden puszcza więcej bąbelków, drugi mniej – i jest fun, jest zabawa ;D

A ja się ”turlam” ze śmiechu – w cudzysłowie – bo trudno turlać się, fotografując pod wodą ;D

Próbuję doprosić się o ok-ejki do zdjęcia. Ale, gdzie tam – świat ponad głowami Panów nie istnieje a przecież nie zejdę i nie stuknę ich w głowy będąc tylko na ABC-u…

W końcu doczekuję sie jakiejś uwagi. Pokazuję Panu Mężowi, żeby ustawili się do ok-ejek… Pan Mąż próbuje – ale tutaj już mamy naszą Zosię – Samosię. Najpierw zamiast ok-ejki idzie kciuk w górę.. Znaczy się wynurzanie…

A potem szaleństwo Viktorii ;D

Mati brykającego Pana Maćka musi łapać, żeby nie wyskoczył jak ping-pong z wody… Teraz to już się popłakałam ze śmiechu ;D

Jak widać fun był, zdobycze są.

Pierwsze harce podwodne zaliczone… Strach się bać co będzie dalej ;D

Podsumowanie – na pewno ogarnięcia pod wodą musi Bartka uczyć instruktor nurkowy, ale funu bezwzględnie Pan Tatuś :D

Ja wychodzę z wody – spędziłam w niej 3 godziny – bez śniadania – nurkując a potem fotografując pierwsze kroki nurkowe naszej załogi. Jestem zmęczona, głodna i przemarznięta… Trzęsącymi rękami staram się ściągnąć mokrą piankę – uwierzcie nie jest to łatwe. I zaraz potem biegnę z Maćkiem robić śniadanie. Mati poszedł pod wodę jeszcze z Filipem… Ale mamy sportowy poranek :D Filip znowu daje się przekonać Matiemu do krótkiej pianki – patrzę sceptycznie, ale się nie wtrącam. Nurkowanie to domena mojego Pana Męża a nie moja.

Śniadanko gotowe, wracają chłopaki. Filip co prawda szczęśliwy, ale kategorycznie oświadcza, że więcej nie da się przekonać do nurkowania bez długiej pianki – znowu się trzęsie. Cóż… Mamusia wiedziała ;D

Nasz Guru Nurkowy jest wykończony – 3,5 godziny w wodzie, jak zaznaczyłam wcześniej bez śniadania, plus dwa nurkowania z ludźmi już nurkującymi wcześniej, ale ciągle (szczególnie w moim przypadku) wymagającymi uwagi i szkolenia oraz trzy z człowiekami schodzącymi pierwszy raz pod wodę. Chapeau bas Panie Mężu…. 

Chłopaki się rozbierają, suszą. Ja z Maćkiem podaję do deku z kajuty śniadanie. Wszyscy siadamy a tutaj połowy śniadania już nie ma – połowy na siedem osób a pochłania tylko kapitan (pisany jak widać znowu małą literą), który czekając, aż wszyscy skończą nurkowanie – nawet nie tknął w kwestii przygotowania śniadania, ale do jedzenia jest pierwszy…

Każę chłopakom jeść i wracam do kuchni dokrawać…. Nieważne, że są dzieci. Nieważne, że są ludzie co poświęcili dla załogi trzy godziny pod wodą – szkoląc nurkowo i fotografując, żeby towarzystwo miało pamiątkę. Nie są te człowieki kapitanem, więc zostawić jedzenia dla nich nie trzeba… Kręcę tylko głową. W tym momencie w duchu postanawiam, że z mojej pracy fotograficznej kapitan nie dostanie ani jednego zdjęcia, chociaż kilkakrotnie już się dopraszał, że wszystkie zdjęcia ma mieć przekazane a opis rejsu dostać do autoryzacji. Niedoczekanie…. Ale chętnie przekażę do przeczytania…

Kończymy jeść, klarujemy jacht. Tutaj widząc, że trochę przesadził – kapitan pomaga myć dek. Chociaż tyle…
Kotwice w górę i wypływamy… Dzisiaj szukamy klimatycznego – w końcu – portu. 

Steruje Filip – wieje słabo. Płyniemy praktycznie półwiatrem – dosyć szybko, ale bez przechyłu. Bartek prosi, czy może posterować. Filip oddaje mu ster. Zaczyna trochę mocniej wiać przechodzimy do bajdewindu a kapitan zaczyna – No w końcu przy sterze stanął porządny sternik a nie to co wcześniej… Otwieram oczy ze zdumienia… Jak tak można… A ten dalej. Patrzcie – to jest urodzony żeglarz, sternik, kapitan – za chwilę będziesz instruktorem! Proszę jak płynie. Gdy Bartek za mocno odpada, albo ostrzy – pomaga mu sterem i dalej. O patrzcie to urodzony wilk morski… Bartkowi po chwili, pomimo pochwał kapitana sterowanie się nudzi i zdaje ster Matiemu. Mati próbuje nakłonić do sterowania z powrotem Filipa, ale Filip już nie chce… Jestem coraz bardziej wściekła…To nie o to chodzi, żeby nie chwalić kogoś, kto z daną czynnością radzi sobie lepiej, ale o to, żeby nie robić tego poprzez degradowanie innych. Wystarczyłoby po przekazaniu sterów od Filipa, Bartka pochwalić – że świetnie steruje, że wiatr go lubi i że mógłby kontynuować naukę żeglarstwa po rejsie, bo ma do tego dryg. A nie wynosić jednego dziecka na piedestały poprzez porównywanie i degradowanie innych. Nie mówiąc o równym uczeniu i poprawianiu błędów – jednemu spokojnie tłumaczy a innych wyzywa od nieogarniętych – za te same błędy. A przecież nikt kapitana nie degradował w poczuciu własnej wartości, gdy mu nie poszło z nurkowaniem – pomimo tego, że wcześniej robił z siebie nurka co schodził na 30 metrów. I Mati nie mówił, gdy Maciek skończył nurkowanie – no z Maćkiem to była zabawa, nie to co wcześniej, gdy męczyłem się z nieogarniętym pod wodą kapitanem… 
Mówię Matiemu, żeby coś z tym zrobił, ponieważ między Bartkiem i Kubą zaczyna się psuć atmosfera, a na dodatek nasi chłopcy – niezależnie, czy jeden ma dwanaście, czy drugi 21 lat – czują się paskudnie.

Tak nie może być. Mati mówi, że przy okazji udowodni kapitanowi jacy nasi chłopcy są super… Na początku przyjmuję. Ale już za chwilę nie mogę się pogodzić z tym “potem”… Bo to teraz nasi chłopcy, jeszcze raz podkreślam, niezależnie od wieku – są psychicznie dołowani.

Jasno, więc wykładam swoje stanowisko kapitanowi i co myślę o jego nierównym traktowaniu chłopaków w słowach mniej więcej j.w. Plus powołuję się na Korczaka, którego uwielbiam i staram się nim w postrzeganiu dzieci kierować. A mianowicie – Korczak uczył między innymi kaligrafii. Oceniając pismo dzieciaków, oceniał sprawiedliwie.Tych co pisali staranniej na wyższe oceny, tych co mniej starannie – na niższe. Ale nawet, gdy dziecko pisało jak kura pazurem, to nie mówił jakie jest beznadziejne, tylko znajdował najładniejszą napisaną literkę np “a”, zakreślał ją i mówił tak – Nie jest to napisane w całości ładnie, ale popatrz to ”a” udało Ci się napisać przepięknie. Może następnym razem postarasz się więcej literek tak napisać?… Zauważcie, że nie mówił Korczak – O!!! Karolku!!! W końcu po czymś tak beznadziejnym jak bazgroły Stasia widzę pismo mistrza kaligrafii. Mój mistrzu pióra, przyszły nauczycielu itp, itd…
Niestety niewiele z tego do kapitana trafia, niby przytakuje a po chwili znowu wyzywa Filipa od nieogarniętych za złe nawinięcie szota foka na kabestan. Mam dosyć i syczę, że ma się przestać czepiać naszych chłopaków. Co oczywiście kapitan puszcza mimo uszu…

Steruje dalej Mati a ja postanawiam, że dzisiaj nie będę się cackać i czekać, aż kapitan dopuści mnie do steru, tylko proszę Matiego, żeby się ze mną wymienił. Płyniemy bajdewindem, obieram sobie punkt na horyzoncie i trzymam kurs. Trochę halsuję zwrotami przez sztag.

A ponieważ widząc, że to ja jestem za sterem kapitan schodzi pod pokład, to pomaga mi trochę z ostrzeniem i odpadaniem Mati. Płynie mi się fajnie. Bez zbędnej krytyki, dziwnych dyskusji i dymu papierosowego. Zawieszam się na żaglach, morzu. Jest spokojnie i absolutnie pięknie…

Chcę, żeby też posterował trochę Kuba, ale Kuba odmawia – Nie chcę… Patrzę na marsową minę Kubulka i martwię się co to dalej będzie… Gdy się martwię Kubą nie wychodzi mi zwrot przez sztag. Poprawiam, znowu wychodzi mi marnie. W tym momencie chce się zamienić Bartek. Mówię Bartuś muszę poprawić błąd, żeby mi się nie utrwalił. Zrobię trzy, cztery zwroty ćwiczeniowe i Ci ster przekażę…. Bartek trochę się obraża – pewnie pomyślał, że niesprawiedliwie go traktuję… Nic, wyjaśnię Bartusiowi po tym jak poćwiczę. Gdy zwroty z powrotem wychodzą mi ok – wołam Bartka do steru. Pech chce, że praktycznie w tym samym momencie kapitan decyduje się na płynięcie prosto do portu na silniku i zrzucenie żagli – tak jakby nie mógł pozwolić Bartkowi chwilę jeszcze posterować… Bartek obrażony wraca pod pokład i prawie płacze. No i tak się kończy przyzwyczajanie jednego dziecka do faktu, że jest absolutnie lepsze od innych. Gdy mu się coś nie udaje, albo czegoś nie dostaje – czuje się pokrzywdzone. Siadam pod pokładem z Bartusiem i mu tłumaczę, że czasami tak jest – gdy popełnimy błąd, trzeba poćwiczyć, żeby go sobie nie utrwalić i w przyszłości nie powtarzać. I że gdy on steruje – to dopóki sam nie chce oddać steru, lub gdy nie zadecyduje o oddaniu steru komu innemu kapitan – nikt mu nie przeszkadza. I jeszcze, że też nie byłby zadowolony, gdyby np. w połowie nurkowania, czy gry w szachy, ktoś mu przerywał, bo teraz chce to samo robić ktoś inny. Dopiero, gdy skończy sterowanie, nurkowanie, grę w szachy – zaczynie ktoś drugi… Dogadujemy się z Bartkiem bez problemu – bo jak się spokojnie pogada, to każdy problem można wyjaśnić i rozwiązać… :)

Tylko ciągle martwię się Kubą – teraz śpi na koi. Mam nadzieję, że nie będzie chory…

Dopływamy do kei w porcie Veli Rat na wyspie Dugi Otok – przepłynęliśmy od południa (po nurkowaniu) 32 kilometry w 4 godziny 50 minut.

Jest 17.30 i postanawiamy w tym porcie zostać na noc.

Cumujemy – idzie nam wg mojej oceny trochę lepiej, niż w Zadarze – ale nie w ocenie kapitana, który znowu się miota ze złością, że wszystko robimy nie tak…

Po zacumowaniu idziemy od razu do restauracji – nota bene jedynej na tej wysepce..

Idę sama z Kubą – próbując wyciągnąć z synusia dlaczego jest taki smutny. A Kuba w płacz – że nic mu nie wychodzi. Staram się Kubę uspokoić, mówiąc, że jutro posteruje i na pewno pójdzie mu świetnie, A moja latorośl na to kategorycznie – Nie chcę, nie dam rady… Przytulam Kubę i widzę, że zbliża się do nas kapitan. No to niech się zderzy ze zrozpaczonym nastolatkiem…. Gdy kapitan się z nami zrównuje, zatrzymuję się i mówię – Kuba pogadaj szczerze z kapitanem i wyjaśnij, bez wstydu i owijania w bawełnę, dlaczego płaczesz i czemu nie chcesz sterować. Zostawiam panów samych – dodaję. I idę do przodu doganiając Pana Męża. Co się dzieje? – pyta Mati. Dlaczego Kuba płacze? Ma dosyć – odpowiadam. Kazałam mu pogadać samemu z kapitanem. A znając szczerość Kuby – nie zazdroszczę kapitanowi. Ale też nie jest mi go w ogóle żal. Jak jest pacanem – to niech cierpi.

Wchodzimy. Restauracyjka jest całkiem miła – to pizzeria. Siadamy przy dużym stoliku. Przybiega Kuba – widać, że mu ulżyło, gdy porozmawiał z kapitanem. Nie pytamy o czym i jak rozmawiał. Ważne, że się uśmiecha :) Nie uśmiecha się natomiast kapitan wchodzący do pizzerii – może coś dotarło??? Zobaczymy.

A na razie czas zamówić pizzę i cieszyć się wieczorem… Zamawiamy cztery duże pizze, wodę dla wszystkich, winko dla mnie i piwo dla panów. Gawędzimy wesoło, kapitan odzywa się niewiele – może i dobrze…

Pizza okazuje się świetna – jak włoska, z opalanego drewnem pieca. Naprawdę pyszna. Do tego oliwa z oliwek z ostrymi papryczkami chili. Mówię, że robimy taką sami w domu z mętnej oliwy z oliwek plus papryczek, które hoduję latem w ogródku. Kończymy jeść i tutaj niespodzianka – kapitan zaczyna całą butelkę oliwy z papryczkami zawijać w serwetkę i chować pod stół. Co Ty robisz? – pyta Pan Maciek ze zdziwieniem. W Polsce takiej nie ma – trzeba wziąć. Co proszę?! Wstyd przynosi Polakom nie takie wiązanie węzłów i podchodzenie do kei, ale kradzież oliwy z restauracji – to już nie… Jesteśmy w szoku. Maciek ze swoim stoickim spokojem mówi – Jesteś dorosły, możesz robić jak chcesz… Ale ja bym tej oliwy nie kradł. Używa tutaj dodatkowo słowa cenzuralnego inaczej – co w danej sytuacji, jest absolutnie usprawiedliwione. Widząc taki opór, plus wbite w niego spojrzenia całej załogi – kapitan oliwę odstawia na stół i więcej się nie odzywa…

Płacimy, robimy małe zakupy w sklepiku naprzeciwko restauracji i wracamy na jacht.

Najmłodsze chłopaki niosą napoje, jak strongmeni ;)

A ja mogę już teraz, gdy widzę, że Kuba jest uśmiechnięty, nacieszyć się tą małą, uroczą mariną – która raz po raz przyjmuje zmęczone całodniowym żeglowaniem jachty na noc.

Na kei widzę jak dzień szybko i pięknie chyli się ku zachodowi…

Docieramy na jacht, na którym pod pokładem jest już kapitan, bo przecież ani w płaceniu za obiad w restauracji, ani w zakupach nie współuczestniczy – tak mamy w umowie – jako część wynagrodzenia za prowadzenie jachtu i szkolenie żeglarskie. Rozpakowujemy zakupy. Maciek z Bartkiem idą się kąpać pod prysznice a my z naszymi chłopakami wesoło rozmawiamy. W pewnym momencie do jachtu podchodzi około dwudziestoparoletni chłopak z ankietą i pyta się, czy ją wypełnimy? Jasne – odpowiadamy i zapraszamy go na pokład. Pyta nas skąd jesteśmy, co robimy w życiu – odpowiadamy, że na co dzień, to jak wszyscy pracujemy, ale w wolnym czasie uwielbiamy podróżować. Chłopak mówi, że jest dziennikarzem i pisze o żeglujących w Chorwacji ludziach i podoba mu się jak podchodzimy do wakacji – morze, żeglowanie, nurkowanie, góry, lodowce, podróże z przyczepą, i że chciałby bardzo o nas napisać. Czemu nie  – śmiejemy się. Dziennikarz idzie po fotografa, żeby nam zrobić zdjęcie. W tym momencie wychodzi na pokład nadąsany kapitan – chyba zły, że nie wzięliśmy go pod uwagę w rozmowie z dziennikarzem… Ale przecież dziennikarz chciał zrobić wywiad z rodziną, a nie całą załogą. A do naszej rodziny na pewno kapitan nie należy…

Wraca dziennikarz z fotografem. Robią nam parę fotek a po sesji fotograf fotografuje zachodzące nad zatoką słońce. Ja też fotografuję… Pytamy się dziennikarza – które lepsze? I oczywiście dziennikarz wybiera moje ;) O klienta trzeba dbać ;D Ale z drugiej strony zdjęcie fotografa jest zrobione na bardzo wysokim ISO – więc jasne i różowe. Będzie na pewno piękne po obróbce. A moje, amatorskie, przed obróbką bardziej oddaje rzeczywisty zachód słońca, ale możliwości obróbki ze względu na stopień jasności a właściwie jej braku – na pewno ma dużo mniejsze…
W każdym bądź razie, mi się podoba moje zachodzące słońce w zatoce z zasypiającymi już powoli jachtami…

Dziennikarz z fotografem się żegnają, słońce ostatecznie chowa się za wyspą.

Wraca Maciek z Bartkiem. Wybieramy się razem na spacer a kapitan idzie się kąpać pod prysznic. Zanim wychodzimy, jeszcze coś tam ogarniamy z Panem Mężem w messie i chłopaki nam znikają. Próbujemy ich dogonić. Dzwonimy do Maćka, ale zostawił telefon na jachcie. Niestety nie doganiamy chłopaków, więc robimy sobie z Panem Mężem samotny spacerek po marinie, która tym razem jest i klimatyczna, i przyjazna, i ładna :)

Idziemy na wzgórze, po drodze mijając małe domki z ogrodami, w których owocują drzewka granatów – granat właściwy (Punica granatum)

i oliwek (Olea).

Próbuję fotografować bez lampy błyskowej na wysokim ISO i z lampą – zdjęcia wychodzą średnie, ale widać jakimi skarbami kuszą przydomowe ogrody w Chorwacji.

Z wzgórza patrzymy na zupełnie już tonący w mroku port i oświetlone kajuty odpoczywających żeglarzy.

Buziak i wracamy na jacht. Na jachcie czeka już reszta załogi. Tzn., czekają Maciek i chłopaki, ponieważ kapitan już śpi. Mati prosi pana Maćka o trochę szkoły z zakresu szachów. Panowie rozkładają szachy i szarżują po szachownicy, plus dyskutują o różnych możliwościach w ramach danego ustawienia figur. Młodsze chłopaki się przyglądają a Filip?… A Filip siedzi w zadumie swoich myśli, jak to zwykle bywa, filozoficznych. Jest jakiś taki absolutny spokój, którego w czasie odpoczynku poza codziennością, przecież wszyscy bardzo potrzebujemy… Mati zamienia się przy szachach z Bartkiem, który jako, że (jak pisałam już wielokrotnie o relacjach tatusiowo-synowskich) niedaleko pada Jabłko od Jabłońca, to w szachy naprawdę daje radę. Tata z synusiem grają, wszyscy rozmawiamy o tematach luźnych, wakacyjnych. Trochę dumamy, trochę się śmiejemy i w końcu idziemy spać. Ja jeszcze patrzę na wiadomości w telefonie. Córcia codziennie przesyła mi dobranoc, gdy jest już w pokoju i idzie spać. Tak dla spokojności mamusi. Ale dopiero jest 23.00 – “dobranocki” jeszcze nie ma. Przyjdzie pewnie, jak codziennie, około drugiej/trzeciej nad ranem. Zasypiam. Budzę się około trzeciej – “dobranocka” z buziakiem jest. Odsyłam buziak i zasypiam z powrotem z uśmiechem – bo wiem, że z Kasieńką wszystko ok :)

Ranek, niby jak to ranek – czyli trzeba zacząć od śniadania. Ale Kuba z Bartkiem przestępują z nogi na nogę, ponieważ wczoraj na spacerze widzieli jakiegoś ogromnego pająka i teraz koniecznie chcą mi go pokazać i sfotografować. Pan Mąż zgłasza się do robienia śniadania a my urywamy się na pająkowe fotopolowanie… ;)

Chłopaki uzbrojone w aparaty – tzn. Kuba w aparat a Bartek w aparat komórkowy – wyruszają prężnym krokiem zmierzając w stronę pająkowego terytorium… Pewnym krokiem, w żeglarskich koszulkach maszerują po kei i jak widać przyszłość kowbojów łamiących kobiece serca stoi przed nimi otworem.

Kowboje – bo jakoś mi się tak skojarzyło z westernem ”W samo południe” ;D

Idziemy dalej i nasi Panowie przymierzają się do pierwszych strzałów – jeszcze niepająkowych.

Maszerują dalej.

Kolejne strzały ;)

I w końcu po treningach pozapająkowych, lądujemy na obszarze pająka –

tzn. obszarze pająków – jest ich tutaj zdecydowanie więcej…

Czas przystąpić do akcji właściwego strzelania. Ale tutaj…. Niestety… Hierarchia w stadzie musi być – do najbliżej usadowionego na pajęczynie pająka podchodzi Guru Fotograficzne – przynajmniej w tym towarzystwie ;D – czyli ja ;D Chłopaki muszą grzecznie poczekać, aż postrzela główna kowbojka… Po ustrzeleniu satysfakcjonujących portretów Pana Pająka

oddaję moją lufę Kubie – jako bardziej doświadczonemu, Kuba przekazuje swój aparat Bartkowi i chłopaki strzelają na całego.

A ja ze wzruszeniem patrzę na naszych strzelających, już teraz faktycznie prawie w samo południe, kowbojów.
Nowe pokolenie zatrzymujących świat w  kadrze rośnie. I tak trzymać :D

Wracamy na jacht zadowoleni z fotopolowania. Pan Mąż z Maćkiem przygotowali pyszne śniadanko – ja podaję na dek. Wykładam wszystko oprócz sztućców. Pada ze strony kapitana naburmuszone pytanie z wykrzyknikiem – Gdzie pagaje?! Sztućce podam, jak wszyscy będą siedzieć przy stole, bo inaczej ktoś nie zje… – odpowiadam. Proszę o sztućce! Jak wszyscy będą przy stole – mówię spokojnie. I dodaję, widząc jak kapitan zabiera się za jedzenie gołymi rękami – proszę nie ruszać jedzenia, dopóki wszyscy nie usiądą. Krzywa mina, ale rękę kapitan cofa. Siadamy wszyscy, podaję sztućce i jak myślicie czyja to ręka?

Reszta załogi musi grzecznie czekać… :(

Ale w końcu wszyscy jemy, aż nam się uszy trzęsą ;)

Całą załogą jesteśmy tak zachwyceni spaniem na kotwicowisku i brykaniem w wodzie, że postanawiamy dzisiaj jeszcze raz poszukać fajnego miejsca do relaksu po żeglowaniu. Tym razem też planujemy zacumować koło 15.00, na spokojnie zjeść obiad i dać dzieciakom oraz sobie sporo czasu na rzeczone brykanie, poza trudem żeglowania. Chłopaki z entuzjazmem przystają na taką propozycję – tak brykanie w wodzie to jest to co młode wielorybki uwielbiają ;)

Ale trzeba jednak trochę popływać. Rzucamy cumy. Pan Mąż za sterami, klarujemy cumy – starszy brat pomaga młodszemu. Fajnie jest mieć starszego brata :) 

I rozpoczynamy nasz trzeci żeglarski dzień.

Stawiamy żagle – ja jak zwykle idę do grota. Lubię ten moment wciągania grota na maszt. Niestety coś robię źle przy nawinięciu fału grota na kabestan i nie wyciągam żagla. Pytam się Matiego, czy źle nawinęłam. Zanim Mati odpowiada, kapitan mówi myśl kobieto, to wymyślisz. Pan Mąż nie reaguje. Próbuję nawinąć jeszcze raz – dalej nie wybiera. Ręce mi odpadają, pytam jeszcze raz. Odpowiedź – myśl. Mówię jak raz mi pokażesz to więcej błędu nie popełnię. Milczenie – po czym kapitan praktycznie odpycha mnie od kabestanu i… okazuje się, że dobrze nawinęłam. Jeszcze raz nawija, zwiększa naciąg liny przy nawijaniu na kabestan i teraz fał wybiera żagiel. Po czym pada tekst – dałem Ci szansę na myślenie a Ty co??? Wystarczyło naciągnąć linę. Mam pomału naprawdę dosyć… Na całe szczęście po postawieniu żagli kapitan idzie pod pokład a my płyniemy sobie w spokoju… Mati steruje,

Ja sobie przy Panu Mężu siedzę i razem z chłopakami żartujemy. 

Filip pracuje przy zwrotach szotami foka.

Tata bierze do steru najmłodszą latorośl i tłumaczy podstawowe arkana sztuki żeglarskiej na poziomie wiedzy Pana Męża – czyli wystarczającej dla młodszej załogi :)

Wychodzi spod pokładu kapitan i udziela wskazówek – wyostrz, odpadnij, Mati pomaga i dalej płynie się fajnie. Kuba doczekuje się nawet pochwały – jednak wczorajsza rozmowa coś dała… 

Kubę zmienia Bartek.

Widać, jak chłopakom dużą przyjemność sprawia sterowanie jachtem… :)

Bartka zmienia Maciek

Panu Maćkowi też sie chyba ta zabawa podoba ;)

Ja robię fotki

i słucham jak kapitan daje wskazówki sterującemu Panu Maćkowi. Staram się zapamiętać jak najwięcej, ponieważ sama raczej nie mogę liczyć na instrukcje… Płyniemy cały czas spokojnym półwiatrem, jednym halsem…

Pana Maćka wymienia Filip i też doczekuje się pozytywnych słów kapitana. Chłopaki mają świetny humor – jak niewiele potrzeba…

Kuba po sterowaniu bierze aparat fotograficzny do ręki i foci z mamusią

i mamusię :)

Płyniemy przy małych wysepkach.

Zostawiamy za sobą linię brzegową z płynącymi wzdłuż niej w przechyle białymi żaglami.

I na chwilę wypływamy na pełne morze…

Niesamowicie pięknie jest, gdy widzisz przed sobą tylko morze, aż po horyzont…

Zawracamy i kierujemy się w stronę, gdzie chcemy poszukać miejsca na kotwicowanie.

Teraz już płyniemy baksztagiem i halsując trzeba robić zwroty przez rufę. Jest tak fajnie, że postanawiam trochę posterować, tym bardziej, że baksztagiem do tej pory nie płynęłam i chętnie poćwiczę a kapitan siedzi pod pokładem, więc mogę liczyć na pomoc Pana Męża a przynajmniej na jakieś wskazówki. Chwilę płynę starając się obserwować żagle – czy dobrze ustawiam je do wiatru.

Robię ze dwie rufy – jest ok. Uśmiecham się, ponieważ jacht naprawdę fajnie płynie sterowany moją mało wprawną ręką :)

Wychodzi na pokład kapitan a mi się wszystko chrzani… Robię zwrot przez rufę i źle wyprowadzam jacht po zwrocie – robiąc niekontrolowaną rufę jedną, potem drugą. Proszę Matiego, żeby mi pomógł. Na co kapitan – Zostaw ją niech myśli…. Pan Mąż się odsuwa a ja znowu dwie niekontrolowane rufy. Mówię do kapitana, żeby powiedział mi co źle robię? Na co słyszę – masz mózg to myśl…. Ale ja czuję się coraz bardziej bezradnie i pomimo starań, nic mi nie wychodzi – pogubiłam się zupełnie. A kapitan podnosi głos – myśl kobieto! Po czym dodaje z pogardą – niczego nie wymyślisz i odsuwa mnie od steru powiedzmy dosyć mało delikatnie, plus kategorycznymi ruchami, z miną pełną wyższości, wyprowadza jacht – jednocześnie patrząc na mnie jak na robaka… Mam dosyć i wychodzę z siebie. Mówię co myślę o takim traktowaniu ludzi. Ponieważ chce mi się płakać idę pod pokład, ale tam stwierdzam, że nie dam się i po trzech minutach wypadam na pokład w odsłonie jak niżej…

Zdjęcie autorstwa Joanne Matson – joanne_matson_photography. Źródło – Instagram/

W raczej krótkich, bosmańskich słowach, wyjaśniam kapitanowi (który uważa się za króla – tylko, że obok króla to on nawet nie stał), że nie po to cały rok haruję i oszczędzam na wakacje, żeby takie coś jak on, ponieważ trudno go nazwać kimś, mi je psuł. I jest tutaj po to, żeby nas czegoś nauczyć a nie wymądrzać się i wyżywać na mnie. Nie zamierzam tego tolerować, ani chwili dłużej… Takiej odsłony mamy to moje chłopaki nigdy nie widziały. Szkoda, że Pan Mąż nie staje w mojej obronie, oprócz spokojnego – Ma rację… Chce przy pomocy kapitana zrobić patent sternika pełnomorskiego i nie chce zaogniać atmosfery. Cóż…, trudno – jestem dużą dziewczynką i poradzę sobie sama. A co kapitan? Siedzi w czasie mojej tyrady z zamkniętymi oczami i nic nie odpowiada… Patrzę na niego z nienawiścią. To nie jest dobry człowiek… Uspakajam się, siadam i milczę. A ten pacan – że dlatego mi nie wyszło, ponieważ nie znam róży wiatrów i zaczyna mi ją rysować. Boże… – myślę sobie – Czy ten człowiek w ogóle ma mózg? Narysował różę wiatrów, tłumaczy. Ja słucham z kpiną w oczach. Ten człowiek nic nie ogarnia. Starczył mi jeden rzut oka na rysunek róży wiatrów, pstryk fotografia w głowie i już umiem a ten mnie pyta bajdewind, która godzina – 2, 11, baksztag – 7, 17, fordewind – 18 itd. To inaczej – mówi lotny inaczej kapitan – na trzeciej, który wiatr – półwiatr mówię spokojnie, na 11 – bajdewind i patrzę z coraz większą kpiną. A ten konstatuje – umie. To znaczy, że gdzie indziej leży problem. W tobie (z małej litery) leży problem – myślę z pogardą i odwracam się tyłem… Pan Mąż zaczyna – ja Ci wytłumaczę  na wiatromierzu… Ale to przecież nie chodzi o tą nieszczęsną rufę… Nic… Słucham Pana Męża – ale teraz to już niczego nie zamierzam pojmować. Na tym momencie skończyłam mój kurs żeglarski. To są moje wakacje i nic z tego… Kiedyś na pewno będę miała okazję lepiej opanować sterowanie jachtem, ale na pewno nie zamierzam do końca rejsu zrobić niczego pod kierunkiem kapitana inaczej… I żałuję, że od początku rejsu starałam się być przydatnym załogantem, i że próbowałam się od tego człowieka czegoś nauczyć. Powinnam po pierwszym jego zdaniu, spuścić go na drzewo i ”grać w szachy pod pokładem” – byłoby i mądrzej, i na pewno dla mnie zdrowiej… Pomijając chorobę morską… Musiałabym jednak grać w szachy ( w które nie bardzo gram) na pokładzie… ;D
Tak czy siak – mam cię (z małej litery) w nosie kapitanie (z małej litery)!!!

Po 4,4 godzinie żeglowania i 31 kilometrach po prawej stronie zostawiamy malowniczo prezentujące się z morza miasteczko na wyspie Otok Zwerinac

i dopływamy do małej zatoczki – dalej przy wyspie Dugi Otok.

Miejsce jest przecudne. Całe porośnięte piniowymi drzewami z przepiękną turkusową wodą.

Zanim rzucamy kotwicę Pan Mąż wyskakuje z pontonu, żeby sprawdzić, czy można przyczepić do czegoś odbijacz manewrowy, celem stworzenia wirtualnej kei. Panowie zamierzają potrenować przybijanie do kei.

Filip pomaga Matiemu pagajując pagajami ;)

Okazuje się, że na dnie jest głaz z przyczepionym sznurem. Chłopaki wracają bo odbijacz,

Chwila moment i odbijacz jest w wodzie a Filip wraca sam, ponieważ Pan Mąż, gdzieś tam pod wodą mocuje wirtualną keję.

I gotowe :)

Panowie, tzn. Mati i Maciek, przystępują do trenowania podchodzenia na silniku do kei. Ta opcja jest zdecydowanie przyjemniejsza dla reszty załogi, w porównaniu do siedzenia w marinie i ćwiczenia przy prawdziwej kei. Cierpliwie obserwujemy ćwiczących Panów i czekamy na możliwość wskoczenia do wody, po zakończeniu manewrów. W marinie byłoby to niemożliwe. Pierwszy ćwiczy Mati. 

Kilka prób, parę błędów – przy czym tutaj wskazówki kapitana są bardzo merytoryczne i cenne. Ale cóż, to nie ja siedzę za sterem… Są więc merytoryczne wskazówki a nie – masz mózg to myśl… A ponieważ Pan Mąż silniki wszelakie czuje doskonale, to w końcu próby kończą się pełnym powodzeniem – dopłynięcie do bojki, bez stuknięcia,

bieg do przodu, rura i piękne odejście :)

Pan Mąż jest niezwykle zadowolony.

Parę udanych podejść, w trakcie których Pan Maciek spokojnie siedzi w deku i niby ledwo patrzy. Zmiana. Pytanie – Z tej strony???

Z tej – mówi kapitan. I Pan Maciek spokojnie, w dokładnie powtórzonych za ćwiczącym Matim sekwencjach ruchu, robi za pierwszą próbą podejście bezbłędne…

No tak, jak masz do czynienia z wytrenowanym szachistą, to niech Cię nie zwiedzie niby brak obserwacji – sekwencje ruchów to my zapamiętujemy z palcem w nosie ;D Brawo Panie Maćku. Panowie ćwiczą jeszcze podejście bokiem – z równie fantastycznymi efektami. Wiadomo – powyżej przeciętnej ;D i już możemy rzucać kotwicę – Uff…

Rzucamy oczywiście też kotwicę z rufy. Zaraz potem chłopaki fikają i brykają w wodzie z niezwykłą przyjemnością ;D 

Widać po Panach doroślejszych i mniej dorosłych, że potrzeba uwolnienia nagromadzonej energii poprzez statyczność w trakcie żeglowania, jest olbrzymia…

Tatuś Maciek uwalnia energię najpierw delikatnie…

A potem już na całego ;D

Wyprowadzenie ręki jak przy rzucie piłką do kosza :D

Rzut za rzutem i trening koszykarski mamy zaliczony. ;D

A najmłodsze chłopaczki trochę krztuszące się,

ale absolutnie zachwycone z posiadania takich fantastycznych wyrzutni ;D

Zazdroszczę chłopakom. Kończę pstrykanie zdjęć i biegnę pod pokład się przebrać. Wychodzę na górę a kapitan jak Pan Bóg go stworzył ze wszystkim na wierzchu, skacze z rufy wypinając księżyc tyłka w moim kierunku. Serio??? -pytam sama siebie (jak moja Kasieńka, gdy ”serio” jest pytaniem retorycznym). Jest to człowiek około sześćdziesięcioletni, który schudł ostatnio trzydzieści kilogramów. Nie ma to w sumie znaczenia – ale może warto by było spytać jedynej kobiety na jachcie, czy nie będzie jej nagi, obcy mężczyzna przeszkadzać. Trochę kultury… Ale czego tutaj wymagać… Wzruszam ramionami. Nawiasem mówiąc wysiłek zrzucenia 30 kilogramów małym nie jest i patrząc na to ile kapitan je na naszym rejsie to myślę, że stracił już zapał do utrzymania wagi innej, niż wielorybia… Pewnie postanowił wrócić do poprzedniej – tak dla zdrowia…

Biorę moje ABC, plus aparat fotograficzny i znikam w wodzie. Postanawiam w ciszy i spokoju spenetrować linię brzegową zatoczki. Widzę tylko jeszcze w oddali, że Maciek z Bartkiem idą przejść się po wyspie i zanurzam się w błogiej ciszy podwodnego świata. Fauna przy brzegu nie jest zbyt bogata. Przede wszystkim płożą się całe polany ukwiałów. Z ciekawszych stworzeń znajduję całkiem dużego, ukrytego w skałach, kraba (Brachyura), 

ikrę złożoną na podwodnym kamieniu przez jakąś, moim zdaniem, niemałą rybę

i pięknie prezentujące się wśród ukwiałów glony morskie (Algae).

Po jakiś dwudziestu minutach wynurzam głowę i widzę przy brzegu Maćka z utykającym na jedną nogę Bartusiem.
Okazało się, że Bartka poparzył ukwiał – jednak w takich wodach dobrze jest być ubranym w piankę. Jacht trochę się obrócił na kotwicach i stoi dalej od brzegu, niż jak w momencie, gdy wskakiwaliśmy do wody. Bartuś stara się dopłynąć, zagrzewany przez tatę do boju. Wołam jednak Pana Męża z pontonem – Bartuś świetnym pływakiem dopiero będzie, ale póki co trzeba mu troszeczkę pomóc. Pan Mąż na jachcie zarządza okłady z cebuli – lepsze na poparzenia ukwiału, czy meduzy, niż proponowany przeze mnie Elocom ;) 

Chwilę później okazuje się, że chłopaki przycumowały ponton do jachtu w miejscu, gdzie przy spłukiwaniu wody w toalecie opróżnia się zenza. Cały ponton pływa w żółtej, nie do końca pachnącej wodzie… Masakra :o Chłopaki do wody – mycie pontonu a potem płukanie własnych osób…  Śmiejemy się z naszych latorośli – następnym razem na pewno będą uważać, gdzie cumują ponton. Ale bolesna to nauka… ;D

Jemy obiadokolację i idziemy na jeszcze jednego, tym razem wieczornego snorka z Panem Mężem i Filipem :)

Filip wytrzymuje jakieś 10 minut – robi się zimno a nie ubrał pianki i dalej snorkujemy z Panem Mężem sami. Robi się coraz ciemniej. Mojego kraba nie znajdujemy, za to natrafiamy na innego, którego odnóża wystające spod skałki wyglądają nieco horrorystycznie  ;o

Nie potrafię na samym ABC – u, bez obciążenia, zejść na tyle głęboko i na tyle długo, żeby spojrzeć głębiej pod skałkę i zrobić zdjęcie kraba w całej okazałości. Za to Pan Mąż – jakby miał skrzela ;) Ale i tak zdjęcie kraba wychodzi średnio, chociaż na tyle dobrze, aby się zorientować, że to krab tęczowy (Cardisoma armatum)

Wracamy na jacht, gdy pod wodą jest już praktycznie ciemno.

Dobrze, że mamy super latarkę ;)

Postanawiamy z Panem Mężem iść ponurkować jeszcze rano i poszukać krabów. Co prawda nie mamy za dużo powietrza – ja 100 bar a Mati 30 bar, za to 32% nitroxu. Na płytkie, krótkie nurkowanie 4-6 metrów – wystarczy. Pod warunkiem kilkuminutowego oddychania z jednej butli – tej 100 barowej, czyli mojej. Umawiamy się z Panem Mężem na poranne nurkowanie i wdrapujemy się na jacht – czas na kolację. Szybka kolacja w wykonaniu Panów Maćka i Mateusza, ja jak zwykle podaję do stołu. Oczywiście sztućce lądują ostatnie – wszyscy chcemy zjeść. A człowiek zwany kapitanem już się nie buntuje. Zaraz po kolacji kapitan idzie spać, co gwarantuje miły wieczór reszty załogi.  Białe winko, plus luźna atmosfera – wynosi mnie na wysoki poziom dobrego nastroju. Wspominając ten dzień i nieudane rufy zaśmiewam się, że grupowo wynajmiemy sobie kiedyś pokoje w domu spokojnej starości i Panowie będą grać w szachy a ja dalej będę przekładać przy pomocy Pana Męża teorię z róży wiatrów na odpadanie i ostrzenie ;D Pan Mąż będzie mi trzęsącymi się, stareńkimi rękami z papieru wycinał łódeczkę i bez końca tłumaczył a ja będę dalej udawać, że uważnie słucham ;D Musimy tylko w arkana żeglugi wciągnąć Panią Żonę Maćka, żebyśmy razem mogły stawiać odpór naszym Panom Mężom, gdy za bardzo będą się wymądrzać ;D Oczywiście do naszego zakątka spokojnej starości nie zmierzamy zapraszać ludzi pokroju kapitana ;D

Idziemy spać późno w doskonałych nastrojach. Jest mi tak dobrze od momentu, gdy postanowiłam nie żeglować pod dyktando kapitana, że mam jeszcze dobre pół godziny głupawki – śmiechawki. Tak… Na tym rejsie to ja się starać więcej nie będę…

Chcę rano wstać na wschód słońca – nastawiam budzik na godzinę piątą z minutami. Budzę się, uchylam świetlik w suficie naszej koi i widzę zasnute chmurami niebo – ze wschodu słońca nici… Przykładam głowę do poduszki, budzę się ponownie za czterdzieści minut, uchylam ponownie świetlik a tutaj… Przepiękny świt malowany złotem przez słońce.

Zachwycona taką zmianą pogody i odsłoną wstającego dnia, budzę Pana Męża próbując wyciągnąć go do wody. Pan Mąż błaga o dwadzieścia minut – jest godzina 6.30. Ok. Czekam cierpliwie pisząc parę słów na bloga i punkt siódma bezlitośnie wyciągam pana Męża z łóżka. Wskakujemy w pianki, Mati klaruje sprzęt. Wstaje kapitan i zaczyna dzień, jak zwykle od papierosa plus kawy – oczywiście zrobionej tylko dla siebie. Uciekamy od dymu papierosowego pod wodę a tam… Piękne światło poranka :) Oddychamy sobie z Panem Mężem z jednej butli i płyniemy przed siebie za rękę. Sprawdzamy klatkę na kraby, którą wczoraj popołudniu znalazł Mati. Mamy zamiar uwolnić te, które by się ewentualnie złapały w pułapkę. Ale klatka jest pusta.

Płyniemy dalej spotykając po drodze ładnego otwartego małża,

wieloszczet osiadły (Protula tubularia),

ukwiała rurówkę, w odmianie czerwonej,

ukwiała ( Actiniarnia) – ukwiał wspaniały (Heteractis magnifica),

samca strzępiela pisarza –

tych rybek obok babek czerwonopyskich jest tutaj najwięcej…

Rzeczoną babkę czerwonopyską,

żółte gąbki (Porifera),

i piękną czerwoną rozgwiazdę – rozgwiazda pospolita (Asterias rubens)

Po paru minutach Pan Mąż przechodzi na swoją butlę i pływamy już osobno. Zaczynam się bawić pływalnością. Opanowuję spokojną zmianę poziomu pływania samym ułożeniem ciała i płetwą. W dół – pozycja pocisku skośnie lekko do dołu plus płetwa, w górę – głowa i klatka piersiowa lekko do góry plus płetwa. Wychodzi mi bez męczenia się zatrzymywaniem powietrza w płucach, czy nadmiernym jego wypuszczaniem i bez użycia inflatora. Super :) Naprawdę zaczynam czuć przyjemność z samego faktu nurkowania, a nie tylko robienia zdjęć pod wodą. Cicho, spokojnie, lekko… Patrzę z miłością w oczach na mojego Pana Męża. Te chwile, kiedy jesteśmy sami pod wodą są piękne :)

Pan Mąż chyba też czuje pełny luz – leżący jednak diametralnie na drugim biegunie do mojego, ponieważ zaczyna trochę rozrabiać ;D Bierze kraba pustelnika (Paguroidea)

i kładzie zaraz przy ukwiale wspaniałym. Pierwszy raz widzę, że ukwiał, który wygląda jak piękny kwiat – to faktycznie zwierzę i do tego drapieżne. Jak tylko wyczuwa kraba zaczyna parzydełkami próbować go obezwładnić i wciągnąć w pobliże otworu gębowego – przylepiając parzydełka i skracając je całą siłą swoich mięśni :o

Krzyczę gestami na Pana Męża i uwalniamy pustelnika – niech sobie ukwiał poluje samodzielnie…

Na sam koniec nurkowania fotografuję jeszcze ciekawą rybę z rodziny ostroszowatych, którą widzę pierwszy raz w życiu – to Trachina (Trachinus radiatus)

Kończymy nurkowanie. Na pożegnanie robimy sobie jeszcze małe małżeńskie selfi

I wypływamy. A nasz jacht spokojnie kołysze się w oddali – jeszcze jakby uśpiony….

Płyniemy do naszej łódki i robimy pobudkę ;D Czas rozpocząć dzień śpiochy… :D

Śniadanie a po śniadaniu jeszcze trochę brykania w wodzie. O nurkowaniu już nie ma mowy ze względu na brak powietrza w butlach, ale w wodzie nie tylko nurkowanie jest świetną zabawą. Musimy wypłynąć z zatoki, żeby nie kąpać się w wodzie, gdzie załoga okołośniadaniowo się ogarniała. Morze z ssakowym porankiem, będzie musiało sobie poradzić a potrzebuje na to paru chwil. Tak więc wypływamy z zatoki i zaraz rzucamy kotwicę – tutaj na te parę chwil tylko dziobową. I w stylu skokowo różnym szalejemy na całego :D

Można na bombę ;D

Można na Supermana ;D

Można też stylowo ;) Najpierw prezentują się tatusiowie a latorośle obserwują…

Potem starszy z latorośli – poziom fikołkowy. Podziw w oczach młodszego brata widać ;D

I w końcu najmłodsze chłopaki – oczywiście pod czujnym okiem tatusiów ;D

Filip chce zaliczyć element testu do jednostek specjalnych – trzymanie pionu w wodzie z rękami u góry. Potrzebuje  trzech minut. Niby mało a naprawdę dużo…

Nie jest  łatwo – Guru Nurkowe liczy czas, z bezwzględnością zwyczajową u wszystkich Gurów ;D

Ale Pan Filip daje radę :D

I daje mu to poczucie, jak widać, absolutnej szczęśliwości ;D

Co prawda w teście do jednostek specjalnych trzeba to zadanie wykonać z obciążeniem dziewięcioma kilogramami w rękach (np. butelki z wodą) – ale co tam bez obciążenia też się liczy ;D . Niech ktoś spróbuje zrobić i wtedy zobaczy, że nie trzeba obciążenia, żeby być wykończonym… No, ale dla zaliczenia tego elementu testu do służb specjalnych w zakresie szkoleniowym  amerykańsko-holenderskiej organizacji taktycznej CQB Team – trzeba jeszcze trochę potrenować ;D

Ja po obfotografowaniu załogi idę zanurzyć się w Wielkim Błękicie.

Dołączają do mnie moje chłopaki, jako zwierzaki Wielki Błękit i lewitowanie w nim uwielbiający…. ;)

Pan Mąż,

Filip :D

Kuba :D

Wołam Maćka i Bartka, żeby im pokazać Wielki Błękit… Mówię, żeby położyli się w maskach na brzuchu, bez ruchu i tylko patrzyli – to zobaczą jaki jest ten sławny Wielki Błękit…

No i jaki jest ten Wielki Błękit??? Odpowiem słowami naszego znajomego instruktora nurkowego Grzegorza – “Jaki jest ten Błękit Wielki? -mnie pytasz. Prosta jest odpowiedź… Jest wielki i błękitny” ;D

Po podziwianiu Wielkiego Błękitu, Maciek z Bartkiem odpływają, a ja tą chwilę zawieszenia nad głębią w ciszy, przedłużam jak mogę najbardziej. Nie jest na pewno, to to samo co nurkowanie w toni, którego się tak bardzo boję, i które jest dla mnie nie do przeskoczenia. Wolę zdecydowanie Wielki Błękit oglądać z góry. Gdy tak zawieszam się nad tonią poza czasem, czuję jak mój umysł i całe ciało wypełnia coś niesamowicie pięknego i spokojnego…
A w mojej głowie myśli w wiersz się układają i coś co jest poza rzeczywistością, rzeczywistością cenną w pamięci, dzięki słowom, utrwalonymi obrazami się staje…

Wielki Błękit

“Jaki jest Błękit ten Wielki? – pytasz…

Cóż Ci mam na to odpowiedzieć?

Że wielki jest… i błękitny po prostu?…

Że nic ująć…, nic dodać?…

Nie. Ta odpowiedź jest choć dużo, to jednak tak bardzo za mało…

Moje serce więcej by tutaj dowiedzieć się chciało…

Posłuchaj, więc serce uważnie tych co w morzu mieszkają,

to delfiny, że pływać w Błękicie trzeba po cichu śpiewają.

W milczeniu myśli, żeby go odczuć, poprzez tę ciszę głęboką,

co gra melodią jak wielka orkiestra, która jest morza opoką.

Nic tak koncertu nie zagra, jak cisza głębiny przepastnej,

a im ciemniej w błękicie, tym delfinom w sercu jaśniej.

Słuchaj tej ciszy na strunach wiolonczeli grającej,

z promieni słońca tnących Wielki Błękit płynącej.

Patrz serce jak melodia migoce… i Ciebie serce ukaja,

bo Błękit jest tą otchłanią co wszystko uspokaja.

Tam, gdzieś głęboko syreny morza ludzi kuszą,

a oni pływają w błękicie z miłością wypełnioną duszą.

I na mnie Błękit ten Wielki też patrzy czule i rany goi,

z oczu Kochanka co w toni pływa i nic a nic się nie boi…”

………..

W końcu jednak i ja muszę wrócić na pokład – czas płynąć dalej…

Po wczorajszej awanturze, kapitan próbuje chyba zbierać jakieś punkty pozytywne, ponieważ mówi, że dzisiaj specjalnie dla mnie popłyniemy tam, gdzie będzie można pofotografować ptaki. Myślę sobie – no popatrzcie, od początku rejsu prosiłam o dwa dni w miejscach, gdzie można pofotografować ptaki, o jakieś rezerwaty i kapitan niby takie miejsca miał znać. Tak naprawdę, prawie nic o tym rejonie nie wie i w konsekwencji tej niewiedzy miejsc rezerwatowych szuka na Googlach Pan Mąż, opracowując potem tor płynięcia na mapie. Tu wykorzystuje jedną z niewielu uzyskanych na tym rejsie, cennych wskazówek kapitana – tzn., żeby tor płynięcia był dokładnie opisany. Szkoda, że z własnej rady sam nie korzysta. W każdym razie płyniemy a wybrany kierunek to – Park prirode Telašćice.

Wypływamy. Kotwicę podnoszą najmłodsze chłopaki – ramię w ramię, pod czujnym okiem jednego z tatusiów :)

No i czas stawiać żagle… Słyszę  niepersonalną komendę kapitana – Do stawiania grota! Czyli do mnie – do każdego innego z załogi, przy wydawaniu komend zwraca się po imieniu. Patrzę z kpiną i siedzę wygodnie. Filip do stawiania grota – zmienia treść komendy kapitan. Filip nawija fał na kabestan i zabiera się za wciąganie grota na maszt.

Grot się blokuje – komenda poluzować refy. Siedzę i pstrykam sobie zdjęcia (zaznaczam, że do tej pory obsługiwałam grota ja, przy problemach z pomocą Maćka, Filipa albo Mateusza). Maciek pomóż przy refach – omija mnie kapitan. Widzi, że nie tknę niczego palcem. Tak to jest – jak się dobrego załoganta od szmat nie szanuje, tylko się nim pomiata – to się go traci…

Oczywiście, że przy takiej ilości osób nie jestem potrzebna do postawienia żagli, czy rzucenia cum – ale i tak z przyjemnością stawiam weto na słuchanie komend kapitana inaczej… A kapitan, jako skrajny polski nacjonalista, powinien wiedzieć, że weto to polska specjalność i jak się z narodem przegnie to się w końcu czkawką odbić musi…;)

Płyniemy jakąś godzinę na żaglach – wieje bardzo słabo. Przed nami pomału zaczyna rozciągać się piękny krajobraz wzgórz Parku Telašćice…

Robi się pełna flauta. Zrzucamy żagle – tzn. chłopaki zrzucają i dalej płyniemy na silniku. 

Niestety kapitan siedzi w deku i pali papierosy – zdecydowanie wolę, gdy siedzi pod pokładem. Dlatego uciekam z moją lufą na dziób i postanawiam tutaj cieszyć się płynięciem tym pięknym parkiem krajobrazowym – oczywiście wypatrując ptactwa wszelakiego. Niestety spotykamy tylko mewy – w ilości olbrzymiej. W szczególności przy kutrach rybackich

i w towarzystwie statków wycieczkowych – czyli przy paśnikach ;)

W większości są to mewy srebrzyste – osobniki dorosłe są biało-błękitne z czarnymi zakończeniami skrzydeł

i młode – biało-beżowo-szare.

Pięknie się prezentują, gdy żerując latają nad migoczącą w słońcu wodą Adriatyku…

Próbujemy wpłynąć w przesmyk miedzy wyspami – jest tam przepięknie…

Niestety robi się bardzo płytko, około 4 metry – musimy zwrócić… Widzę jeszcze jakiegoś bardzo kolorowego, błyszczącego małego ptaszka, ale znika zanim zdążam go sfotografować.

Płyniemy dalej – widzimy, że przy brzegu niektórzy płyną na żaglach,

ale tutaj naprawdę praktycznie nie wieje… Jedyny pozytyw z płynięcia na silniku to to, ze nie muszę siedzieć w deku z kapitanem, który znowu rozprawia o naszej niby historii, o 30 metrowych ludziach, o czarnuchach co nie powinni istnieć itp., itd… Patrzę, ze współczuciem na sterującego znudzonego Pana Męża i na Pana Maćka, który próbuje dyskutować w swoim sarkastycznym stylu… A kapitan zachwycony, że może podyskutować – w ogóle nie czuje o co chodzi. Myślę sobie – Broń nas Panie Boże przed ”patriotami” nacjonalistami o wąskich horyzontach. Jak widać żeglowanie po świecie i zobaczenie wielu horyzontów, nie musi wcale przyczynić się do poszerzenia własnych – intelektualnych… Jak ktoś jest zamknięty na świat, to nic z niego nie jest w stanie czerpać… Oczywiście pozakonsumpcyjnie – bo konsumpcyjnie tacy ludzie są wysoce wykwalifikowanymi pasożytami…

Tak, zdecydowanie wolę sobie postać na dziobie (pomimo skwaru trzydzieściparę stopni i flauty :o), z dala od papierosowego dymu i dyskusji, które przez równo pracujący silnik dobiegają, jak dalekie brzęczenie muchy – na tyle dalekie, żeby nie przeszkadzało
Fotografuję, napawam oczy pięknem chorwackiej natury, w tym miejscu coraz bardziej surowej, praktycznie już pustynnej.

I jestem absolutnie szczęśliwa – takim szczęściem przez duże SZ, które pogłębia co jakiś czas kierowane w moim kierunku z rufy, ciepłe spojrzenie Pana Męża, starającego się sterować tak, żebyśmy przepływali jak najbliżej wysepek, w nadziei na zobaczenie wyczekiwanych przez Panią Żonę ciekawszych , niż mewy ptaków…

Tak to sobie stoję, cała zapatrzona i zasłuchana w obrazach

I tylko czasem obracam się do Pana Męża, żeby uśmiechem dodać mu otuchy :)

Co prawda kapitan w końcu się zmęczył gadaniem i upałem, więc zniknął i śpi w mesie, ale to co mnie tak zachwyca – niestety niekoniecznie zachwyca, aż tak bardzo moich chłopaków z załogi. Trochę jak na spływie tratwą po Biebrzy w zeszłym roku, albo w polskim filmie… ;D

Kadr z filmu “Rejs”, w reżyserii Marka Piwowskiego.

I tak patrzę z rozbawieniem na moją załogę,

która napawa się widokami inaczej… ;D

Nuda ;D

Obserwuję, więc sobie uroki Chorwacji z morza w samotności…

Patrząc z jednej strony tęsknie w stronę tych, którym jednak trochę wieje,

a z drugiej strony wypatrując ptaków. Dołącza do mnie Kuba i Filip – fajnie nam tutaj na dziobie – mamusi z synusiami. Chłopaki też trochę fotografują. Niestety oprócz kolejnej mewy srebrzystej

i jednego kormorana malowniczo prezentującego się na skalnym cyplu,

ptaków nie spotykamy.

Jest tak gorąco, że zaczynamy z utęsknieniem wypatrywać jakiegokolwiek portu. Na mapie jest ich zaznaczonych ze trzy – niestety, gdy dopływamy do każdego z zaznaczonych punktów, to okazuje się, że to albo samo kotwicowisko, albo prywatna posesja.

A my musimy już zrobić zakupy żywieniowe, więc potrzebna jest marina. Czas mija, nie ma mariny. Trzeba wyjeść resztki – postanawiają chłopaki i zabierają się do sprawy na całego. 
Jedni wsuwając kanapki z mielonką,

inni wyjadając ostatnie chińskie zupki

– jedna z zupek poszła na zanęcanie mew, które jednakże na zanęcanie chińszczyzną nie chciały się skusić ;)
Jak widać na zanęcanie chińszczyzną absolutnie podatne są nasze chłopaki ;D

Po napełnieniu żołądków co niektórzy odpadają :)

Po sjeście chłopaki z nudów zaczynają grać w państwa/miasta – wygłupiając się na całego. Dokładnie przy tym wiedzą – do kogo jakie pytania kierować. Do mnie krzyczą na dziób o zwierzaki na daną literę np. ”e” – Emu odkrzykuję, do Panów Matiego i Maćka o samochody, do kapitana o sprawy geograficzne a do Filipa o sprawy wszelakie, jeżeli inni z odpowiadaniem mają ich w nosie. Ot, nie ma to jak mieć za dzieciaki bestie inteligentne… Po co się wysilać, jak tyle głów pełnych wiedzy dookoła ;D

A portu jak nie widać, tak nie widać…

Słońce powoli chyli się ku porze popołudniowej…

Morze wygląda przepięknie.

Ale my naprawdę jesteśmy już zmęczeni i gorącem, i jednostajnością płynięcia na silniku przez ostatnie siedem godzin.

Wypływamy w pewnym momencie, tuż przed samym już na pewno portem (przynajmniej wg mapy), na bardziej otwartą morską przestrzeń i ku naszej uldze zaczyna wiać. Z nadzieją mówimy – tzn. Mati mówi po mojej małej sugestii –  Może by tak postawić żagle? Na co pada zdecydowana odpowiedź naszego kapitana – Nie. Płyniemy na silniku do portu. Szkoda – mówi Mati – można by chociaż trochę pożeglować. Nie. Jest późno – odpowiada wiadomo kto. Późno – myślę – dopiero osiemnasta… Ale tutaj nie bierze się pod uwagę tego, czego chcą inni… Dlatego tylko z tęsknotą patrzymy za płynącymi pod pełnymi żaglami jachtami

i wypatrujemy portu – co niektórzy intensywnie ;)

W końcu jest. Po 78,30 kilometrach i 8 godzinach płynięcia w koszmarnym upale i przy pełnej praktycznie przez cały czas flaucie –

widzimy port :D

Jeszcze się chwilę martwimy, czy to aby nie kolejne kotwicowisko… Ale nie. Mamy marinę – Otok Žut , do której wpływamy z olbrzymią radością :D

Przy dobijaniu do kei – znowu nerwówka ze strony kapitana. Siedzę sobie spokojnie i z uśmiechem patrzę jak się nasz kapitan miota. Ze zdziwieniem patrzy na nas stojący na kei i czekający, żeby pomóc sympatyczny chłopak z obsługi – trochę skonfundowany tym co się dzieje. Mówię z uśmiechem do chłopaka, żeby się nie przejmował, bo my tak mamy na stałe i już się nie przejmujemy… Chłopak pyta się, czy może pomóc. Mówię – że jasne. Chłopak wskakuje na jacht idzie na dziób do cumy i….  Nie ma lekko z naszym kapitanem ;D, który strofuje go na całego przy podejmowaniu cumy dziobowej… Matko – pewnie takie postępowanie ma przynosić dumę naszemu narodowi… Całe szczęście, że nasz jachtowy pacan nie bardzo posługuje się angielskim, więc chłopak  nie rozumie i robi swoje z uśmiechem, nie zwracając nawet uwagi na niezbyt miły ton, jakim odnosi się do niego kapitan…

a kapitan jak niepyszny idzie do rufy…

Chłopaki się przy cumowaniu całkiem szybko ogarniają

i już możemy poszukać sklepu a także restauracji – jesteśmy głodni jak wilki… Pytam sympatycznego chłopaka z kei, gdzie można coś zjeść? Tłumaczy nam – dodając, że to jest jedna z droższych marin. Nic – trudno. Tyle, że jeżeli zje się posiłek, to postój jest za darmo. Chcę dotankować wodę, bo się skończyła. Niestety słyszę od Pana Męża, że wody nam starczy, ponieważ mamy dwa 6 litrowe bukłaki a sto litrów wody tutaj kosztuje 200 kun, czyli około 120 zł. Ok – mówię, ale wolałabym zatankować. Co ze zmywaniem naczyń? – pytam. W następnym porcie – mówi Pan Mąż. Ok., ale czuję, że będziemy tego żałować. Z drugiej strony trochę rozumiem ceny wody, która tutaj musi być pozyskiwania w procesie odsalania.

Chłopaki robią zakupy a ja przy sklepie focę ślicznego owada – to jest dużo przyjemniejsze :) Ciekawy owad, którego fotografuję to – gliniarz naścienny (Sceliphron destillatorium).

Komentarz Maćka – owad, jak owad ;D Ale moim zdaniem jest naprawdę ładny i ciekawy… Pan Mąż owada i jego urodę docenia trochę bardziej – sam bardzo lubi fotografować rodzinę insektów .

Po zakupach idziemy się przejść do drugiej części portu, żeby zobaczyć jak się prezentuje jakościowo i cenowo restauracja w tamtej części mariny. W tej po naszej stronie zaszokowały nas ceny – kilogram ryby 600 zł. Niestety w drugiej restauracji ceny są podobne a keja będzie za darmo, jeżeli zjemy w restauracji po stronie, gdzie cumujemy. Wracamy, więc. Biorę na fotograficzny cel rosnącą przy kei opuncję drobnokolczastą (Opuntia mycrodasis

a następnie fotografujemy się w konfiguracjach różnych naszej rodziny – dla uwiecznienia na stop klatkach koszulek żeglarskich :)

Moje chłopaki :)

Mama z synusiami :)

Pan Mąż i Pani Żona ;)

Docieramy do restauracji. Zaraz za nami wchodzi Pan Maciek z Bartkiem i na koniec kapitan. Zamawiamy zupy, sałatki, frytki, Maciek dodatkowo jakieś mięcho. Niestety oprócz wysokich cen, Pan Kelner okazuje się być niezbyt miły – turysta zło konieczne…

Chłopaki po obiedzie biegną się wykąpać a kapitan, do którego coraz bardziej dociera, że nie jest poza jachtem mile w towarzystwie widziany, idzie na jacht. Zamawiamy z Panami – ja winko, Panowie piwko i siedzimy sobie ciesząc się trochę chłodniejszą temperaturą, niż w ciągu dnia i spokojem, bez ględzącego kapitana. Wracają chłopaki, ochłodzeni po wieczornej kąpieli w morzu – pozwoliliśmy im wykapać się w ogrodzonym kąpielisku dla dzieci. Niestety kapitan postanowił poszkolić chłopaków w skokach do wody – w porcie, po ciemku… Jestem wściekła. Po to uczę chłopaków sprawdzania obszaru do skoków – czy nie ma przeszkód w wodzie, czy jest głęboko – żeby nie skakali po ciemku w miejscu nieznanym. Niby port jest głęboki, ale po ciemku nie sprawdzisz co w wodzie się znajduje. Filip tłumaczy mi – nie denerwuj się, było głęboko i skakaliśmy na bombę. Zasady, są zasadami – czasami wystarczy jeden nie taki krok i masz zmarnowane życie… – odpowiadam synowi. Racja – przyznaje Filip.
Tak sobie myślę, że jako rodzic starasz się, wychowujesz – a potem latorośle młodsze, czy starsze spotykają na swojej drodze człowieka odpowiedzialnego inaczej i wszystko bierze w łeb… Dobrze, że nic się nie stało…

Wracamy na jacht. Maciek zmywa w toalecie parę talerzy i kubków, żebyśmy jakoś naczyniowo dali radę przetrwać. Postanawiamy wcześniej się położyć spać – to był męczący dzień… 
Jeszcze tylko ustalamy plan na kolejny dzień. Jest kłopot. Żeby chłopaki – Maciek i Mati – zdążyli na planowany egzamin żeglarski w Zadarze, który wg kapitana ma być tylko formalnością, musimy zdążyć do mariny między godziną 9 a 11.00. Patrząc na mapę wiemy, że jest to niemożliwe, jeżeli nie wypłyniemy około trzeciej nad ranem. Maciek mówi – co tam dajmy spokój egzaminom – to są wakacje. Nikt się nie będzie katował wstawaniem w nocy. Ale my już z Panem Mężem mamy ochotę na to nocne pływanie. Mati steruje już naprawdę dobrze, popłyniemy na silniku a reszta niech śpi… Ok, ustalone. Mamy tylko nadzieję, że kapitan Matiemu zaufa w sterowaniu i będzie spał…

Budzik dzwoni o trzeciej. Mały tulik i szybciutko wstajemy. Robię kawkę, kapitan chrapie – jest dobrze. Przygotowujemy cumy do rzucenia, ja jeszcze robię fotkę naszej taniej inaczej restauracji – wieczorem nie zrobiłam.

Patrzę w kierunku morza – a tam, w oddali, błyskawica, za błyskawicą. Udaje mi się tylko sfotografować rozżarzone niebo bezpośrednio po błyskawicy.

Mówię Matiemu, żeby sprawdził prognozę. Burze na mapach pogodowych są zaznaczone w oddalonych miejscach – dosłownie nas okrążają, ale na naszej trasie ma być spokojnie. Porzucam fotografowanie, ponieważ trzeba ogarnąć cumy. Niestety z kajuty wyłania się kapitan i już zapala papierosa… A miało być tak pięknie… Jedyny pożytek, że też sprawdza pogodę i potwierdza możliwość wypłynięcia. Dalej się trochę boję, ale na pogodzie, to już się ten człowiek, jako opływany, chyba zna. Mam tylko nadzieję, że jak wypłyniemy, to mu się znudzi siedzenie nocą na deku i pójdzie spać. Jeżeli nie – to nici z piękna nocnej żeglugi.

Pan Mąż bez problemu wypływa z portu

a ja wracam do fotografowania tej pięknej nocy. W końcu na tym rejsie każdy ma swoje zadania i należy je rzetelnie wypełniać ;) Odpływamy pomału a za nami szlak smugą światła na wodzie znaczy księżyc –

dzisiaj w przepięknej pełni…

Gdyby nie dym z kapitanowego papierosa  – kolejnego, byłoby cudnie. Na całe szczęście kapitan dopala papierosa, dopija kawę, kręci się trochę, niby sprawdza mapę, ziewa i mówi do Pana Męża – poradzisz sobie… Po czym znika w kajucie i za chwilę chrapie. Wzdychamy z ulgą, wracam z dziobu (z którego fotografowałam księżyc) na dek, przytulam się do Pana Męża – mamy chylącą się ku świtowi noc, znowu tylko dla siebie. 

Mati steruje dalej, ja owijam się w koce, trochę opisuję naszą podróż, trochę rozmawiamy, trochę milczymy… Tak wygląda spokojne małżeńskie szczęście :)

Płyniemy najpierw w zupełnych ciemnościach, potem w pierwszych przejaśnieniach brzasku

i potem w pełnym świcie.

Niestety nie widzimy wschodu słońca, ponieważ niebo jest zachmurzone i słońce ledwo czerwieni się w szczelinie chmur.

Za to po stronie zachodniej przepięknie jarzy się czerwienią odbitego słońca, zachodzący księżyc…

Ten zachód księżyca wynagradza mi brak pełnej okazałości wschodu słońca. Z drugiej strony, jak zawsze zaznaczam, nie m dwóch takich samych świtów i każdy wschód słońca jest inny. Także ten, najpierw jarzący się zachodzącym księżycem a potem nieśmiało spoglądający spoza chmur, jakby słońce zastanawiało się, czy chmury dadzą mu szansę wspinać się po niebie bez przeszkód, czy też każą mu się chować, bo chcą lunąć deszczem…

I tak cała droga do Zadaru mija nam w  tej niepewności wstającego dnia, który jeszcze się nie zdecydował – czy będzie  pogodny, czy też deszczowy…

Mati to za sterami,

to pilnuje mapy i trasy przez nią wytyczonej.

Ja robię trochę klaru

i przygotowuję śniadanko.

Chleb z oliwą, octem balsamicznym i przyprawami – smakuje nieziemsko.

Płynie nam się wesoło 

Pojawia się pierwsza mewa.

Mijamy latarnie i nowoczesny kuter rybacki,

który właściwie już chwilę później nas wyprzedza, powodując u Matiego chętkę na świeżą rybkę. Chętka jest, więc wędka chwilę później moczy się w wodzie ;)

Moczyć się moczy, ale rybki nie łowi ;)

Dzień robi się coraz jaśniejszy, morze jest gładkie jak lustro – mamy flautę.

Budzi się najstarszy nasz synuś i przez chwilę płyniemy już w trójkę :)

Za Filipem spod pokładu wyłania się Maciek. Chłopaki wyglądają, jakby potrzebowali jeszcze chwili na przyzwyczajenie się do myśli, że to już jest dzień i warto się z nim przywitać ;D

Powoli dopływamy do Zadaru.

Jest ósma. Po drodze witają nas kormorany.

Przepłynęliśmy z Panem Mężem nocą – 44,45 km, w 5,02 godziny.

 

Wpływamy do portu.

Czas przygotować się do cumowania…

Filip czeka w gotowości z odbijaczem a tutaj pada komenda ze strony wyłaniającego się z mesy kapitana, że Mateusz ma zrobić podejście samodzielnie – bez niczyjej pomocy. Tak, więc wszyscy, jakby za moim przykładem (nie robię od początku nic – jak coś postanowię, to postanowię…) siadają na deku a Pan Mąż się uwija…

Wybór odpowiedniego miejsca.

Jest.

W sam raz, jak dla naszej Helci ;) 

Teraz tylko ładnie zaparkować… Ale co to dla Pana Męża ;D

Pewne ruchy,

czujne spojrzenie

i podpływamy do kei perfekcyjnie :D

Jeszcze tylko cumy – kapitan nerwowo krzyczy – nie pomagać! Przecież nikt nie pomaga…

Pan Mąż kończy cumowanie i chcemy rozpocząć ogarnianie portowe – czyli podpięcie do prądu, wody itp, itd. W czasie robienia przez nas pokładowego klaru i śniadania, Pan Mąż z Panem Maćkiem chcą biec załatwiać przystąpienie do egzaminu na sternika pełnomorskiego… A tutaj niespodzianka – podchodzą dwaj młodzi mężczyźni z obsługi kei i informują nas, że nie ma mowy o cumowaniu w tym porcie – ponieważ jest piątek i wszystkie miejsca są zarezerwowane. Serio??? (znowu cytat z Kasieńki) Miejsca jest mnóstwo. Tłumaczymy, że potrzebujemy 2-3 godziny. Że nie mamy wody, jedzenia i chcemy przystąpić do egzaminu. Doczekujemy się tylko pogardliwych spojrzeń spod zsuniętych na czoło słonecznych okularów marki Ray-Ban. Panowie mają około dwudziestu lat i patrzą z pogardą na niewielki jacht czarterowy – dodając jedna godzina 20 euro… Ok – mówimy. Przecież zapłacimy, chociaż cena jak za godzinę jest odrobinę w naszym odczuciu za duża. Niestety, nic do panów wielmożnych nie dociera – każą odpływać. Kurczę – my jak my, ale chłopaki nie podejdą do egzaminu. Wściekam się, wyskakuję na keję. Naprawdę mam dosyć na tym rejsie ludzi grzecznych inaczej. Kategorycznie, moją niewprawną angielszczyzną, tonem bliskim furii oświadczam, że jestem blogerką, opisuję porty w Chorwacji i ten zadarski opiszę również – i nie będą to miłe słowa. Panowie czerwienieją na twarzy. Ten bardziej niegrzeczny wycofuje się, a ten mniej butny próbuje załagodzić sprawę. Tutaj już wkracza Pan Maciek, ze swoją perfekcyjnym angielskim, natomiast ja wyciągam swoją lufę i na potwierdzenie słów, które skierowałam do niegrzecznej obsługi tej mariny, strzelam zdjęcie portu za zdjęciem. 

Zadar na pewno nie jest moim ulubionym portem, chociaż na ujęciach prezentuje się całkiem nieźle.

Maciek wraca i mówi, że możemy zostać trzy godziny, albo więcej…. Panowie do naszego wypłynięcia już się nie pojawiają… Ok., ale mojej złości na mało uprzejmą obsługę to nie zmienia.

Mati z Maćkiem pomagają podłączyć prąd i wodę, słyszę jak mówią do kapitana uruchom wszystko i pędzą do kapitanatu, do którego trzeba przepłynąć portową łódką – okazuje się, że za darmo. O dziwo….

Za to kapitan, jak zwykle pomaga przy ogarnianiu jachtu chętnie, w swój znamienity sposób – tzn. bierze ręcznik, kosmetyczkę i znika pędząc po kei w stronę pryszniców. Wzruszam ramionami i staję nad pełnym zlewem, brudnych zaschniętych naczyń. Chcę puścić wodę – echo. Pompa nie została uruchomiona a ponieważ do tej pory jej nie uruchamiałam, to nie mam pojęcia jak to zrobić. Próbuję z Kubą i Filipem coś pokombinować – schodzi nam pół godziny, zanim uruchamiamy pompę!!! Jestem wściekła – co za pacan. Pół nocy płynęliśmy z Matim, kiedy on chrapał. Jestem zmęczona i zamiast wszystko szybko ogarnąć, zmarnowałam pół godziny na poszukiwanie włącznika głupiej pompy!!! Zmywam modląc się, żeby ten kiep wrócił dopiero jak będą chłopaki, bo nie ręczę za siebie…

Niestety wraca, jak jestem w połowie zmywania a chłopaków jeszcze nie ma. Proszę dzieci o opuszczenie mesy i pójście pod prysznice. Zostajemy sami. Pożyczam sobie kapitana na całego. Mało grzecznie krzyczę, że obrabiamy mu cały rejs tyłek, że nic na jachcie nie robi, je (użyłam słowa mniej grzecznego) za pięciu i gdy trzeba się ogarnąć, zamiast uruchomić wszystko na jachcie, idzie myć swoje leniwe cztery litery. Na co kapitan-pacan mówi, że nie muszę nic dla niego robić a mam mózg, więc mogłam pomyśleć… I jak widać świetnie sobie poradziłaś – dodaje z kpiną. Tego mi za wiele… Krzyczę, że ma natychmiast wynosić się z mesy na pokład. Nie traktuj mnie jak psa… – odpowiada kapitan. Wynoś się (słowami bardziej bosmańskimi) – syczę cicho a w oczach chyba zapala mi się coś złego, bo widzę strach w oczach tego małego jakościowo człowieka… Milczę i tylko patrzę, a kapitan tyłem wycofuje się i szybko wychodzi z mesy na pokład. Wracam do zmywania, robię klar, przygotowuję śniadanie i jestem dziwnie spokojna… Chyba przekroczyłam jakiś rubikon i teraz moje mechanizmy obronne próbują mnie zawrócić na tory zwykłego sabinkowego funkcjonowania…

Wracają Panowie. Okazuje się, ze egzamin jest dopiero o 15.00. Rezygnują – nie ma sensu marnować ostatniego dnia. Próbuję jeszcze ich przekonać – że może szkoda?… Ale kategorycznie oświadczają, ze przystapią do egzaminu w Polsce. Tutaj się zaświecają chytre oczka kapitana – ja to wam załatwię. Mam przyjaciół – zapłacicie tyle i tyle, i będziecie patenty mieć… Patrzę z politowaniem i nic nie mówię. Mati do śniadania robi jajecznicę, ja wszystko podaję na dek i siadamy – głodni i wykończeni… 

Jak myślicie, czy wystarczyło kapitanowi honoru, żeby nie jeść zrobionego i podanego przeze mnie śniadania? Jeżeli myślicie, że tak, to jesteście w grubym błędzie. Wsuwa, aż mu się uszy trzęsą… Taki człowiek honoru inaczej….

Po śniadaniu idziemy z Panem Mężem i Panem Maćkiem pod prysznice tzn. razem keją, ale pod prysznice osobno ;D

Wracamy, Pan Maciek z Filipem biegną po zakupy – tutaj nasz Maciej jest niezastąpiony. Robi zakupy perfekcyjnie – a co najważniejsze chętnie :D a my z Panem Mężem tego nie znosimy… 

Przygotowujemy jacht do wypłynięcia. nasz szanowny kapitan bierze się za mycie pokładu szlauchem, nie sprawdzając, czy na deku w stoliku nie ma jakiś rzeczy i czy są zamknięte okienka. najpierw biegnę zamknąć wszystkie okna – już się leje do kajut a potem pędzę do stolika na deku – komórka, aparat (dobrze, że do zdjęć podwodnych), książka do nauki żeglarstwa – wszystko ocieka wodą… Masakra.

Mówię Panu Mężowi, że nie zamierzam wypłynąć bez zapłacenia za port a ponieważ panowie z obsługi, jak nadmieniłam wcześniej, więcej się po akcji blogowej nie pojawili, to Maciek idzie ich poszukać. Płacimy i z ulgą wypływamy z tej może i o dobrym standardzie pod kątem infrastruktury mariny, ale nie do końca szanującej żeglarzy. Szczególnie z tych tańszych jachtów… 

Jak zawsze nie mogę się nadziwić, że ludzie pracujący w usługach – niezależnie czy to są kelnerzy, sprzedawcy, lekarze, pielęgniarki, rejestratorki, obsługa marin, itp., – nie potrafią zrozumieć, iż wypłatę płaci im pacjent, klient, turysta itp, itd… Powszechne jest traktowanie klienta, szeroko rozumianego, jako zło konieczne. Turysta, klient w sklepie, pacjent są źle traktowani – bo są. A ja się  pytam – kto Ci płaci pensję obsługo z kei? – turysta, a Tobie lekarzu, rejestratorko, rehabilitancie, pielęgniarko (nawet w publicznej służbie zdrowia)? – pacjent, właścicielu sklepu, sprzedawco, kelnerze? – klient. A tobie instruktorze? – kursant… To wysil się na uprzejmość, bo bez tego ”zła koniecznego” nie miał byś za co żyć i nakarmić rodziny, ani kupić tych modnych okularów przeciwsłonecznych marki Ray-Ban… Człowiek nie da pieniędzy, to ty człowieku nie dostaniesz wypłaty…. Niby proste, a jakże trudne do zrozumienia przez wiecznie nadąsanych w/w, którzy klienta szeroko rozumianego traktują jak traktują….
Nic, nie ma co roztrząsać – natury człowieczej nie zmienisz. I wielu zawsze się będzie wydawało, iż robią łaskę, że pracują… I że należą im się za to pokłony do ziemi…

My jednak nie kłaniając się nikomu wypływamy z tej niegościnnej mariny.

Tym razem steruje Pan Maciej.

Przygotowanie :)

i start. Rura do przodu

pełne skupienie, idzie super i nagle jakiś mały błąd. Błąd przy wypływaniu z portu?… Taki wstyd dla narodu polskiego… Od razu wzrasta lawinowo nerwowość ze strony kapitana… ;D Aż mi się śmiać chce – co za człowiek… Spokojnie, nie nerwowo, dam radę – mówi Pan Maciej ostrym tonem – co od razu osadza kapitana na właściwym poziomie. No, ale Pan Maciej nie jest kobietą, więc nie słyszy nic o mózgu itp…

Maciek spokojnie wyprowadza jacht, płyniemy zatankować.

A po tankowaniu z absolutną przyjemnością wypływamy w kierunku morza. Czas na ostatni dzień żeglowania – kierunek Betina. Postanawiamy poszukać miejsca na krótkie kotwicowisko, dla również ostatniego w czasie tego rejsu, brykania w wodzie. Bartek zachwyca się jeszcze dużym jachtem motorowym i życzy sobie fotkę – bardzo proszę, proszę Pana ;D

I płyniemy :) A płynie się pięknie, ponieważ po pierwsze jest piękna pogoda, po drugie wieje. I kapitan siedzi pod pokładem, więc jest cicho, i spokojnie – co udowadnia zawieszona w tym pięknie mina Pana Filipa :)

Ale dosyć tego rozmarzenia, wieje pięknie – czas do pracy. Mati przekazuje stery najstarszej latorośli

W momencie, gdy pojawiają się błędy, Pan Mąż spokojnie tłumaczy Filipowi kiedy odpadać, kiedy ostrzyć i jak się ogarniać na wiatromierzu

Filip z powrotem do steru i płyniemy wesoło dalej…

Pijemy tzn. Pan Mąż i ja białe winko, Maciek odpoczywa przy szachach pod pokładem.

Filip płynie bajdewindem, siedzę sobie przy Panu Mężu i mamy piękny czas żeglowania.

Szkoda, że nie mogło być tak przez cały rejs…

Patrzymy na piękno wybrzeża z rysującymi się chorwackimi górami

i chorwackimi miasteczkami.

Na białe żagle płynące w pełnym przechyle.

Oni mają bajdewind, my teraz płyniemy baksztagiem – nabieramy ochoty na pobawienie się. Pan Mąż przejmuje stery i zarządza ćwiczenie zwrotów przez rufę. Z ochotą zabieramy się za żagle – ja za talię grota (rozkazów mojego Pana Męża, to ja słucham zawsze z największą przyjemnością ;D ) , Filip z Kubą za szoty foka i robimy zwrot za zwrotem. Wychodzi nam naprawdę świetnie… Niestety kapitan słysząc i czując jak się bawimy, wstaje z koi i wychodzi na pokład. Koniec zabawy :( Zostawiam talię grota, biorę swoją ukochaną lufę i zaczynam focić. 

Biorę na cel piękną lecącą mewę, która czuje chyba taką wolność, jak my jeszcze przed momentem…

Na pokład wychodzi również Maciek i tutaj kapitan nabiera wiatru w żagle, od razu zaczynając swoje znane nam już świetnie wywody. Nikt nie podejmuje tematu – tylko Filip do mnie cicho mówi, że inteligencja jest, jak uzębienie… Jej brak widać po otwarciu ust. Śmieję się – moje dziecko jest na pewno inteligentne – jak już otwiera usta, to żadnych braków nie widać :D

Maciek wraca do szachów – tym raze na pokładzie, Mati steruje, ja robię zdjęcia, chłopaki siedzą pod pokładem – Kuba czyta, Bartek trochę gra na komórce a Filip siedzi i myśli… Mówi tylko kapitan… 

Jestem sfrustowana i chcąc dopiec kapitanowi mówię – że to są najgorsze moje wakacje w życiu. Niestety do kapitana to nie trafia a Maciek czuje się jednak trochę dotknięty… Przepraszam całą załogę, oprócz kapitana, mówiąc – że wakacyjny koszmar kieruję do ciebie (mała litera, to oczywiście nie błąd) kapitanie, bo z całą naszą załogą mogłabym spędzać każde wakacje i byłyby na pewno fantastyczne…
Rozumiesz o co mi chodziło – pytam Maćka pod pokładem – chciałam dopiec kapitanowi-pacanowi a wyszło, że wszystkim. Przepraszam. Pan Maciek tylko mruga okiem – przecież wiadomo ;) Uśmiecham się, bo fajnie jest przebywać z fajnymi człowiekami :)

Mijamy wysepkę z mewami

i w końcu wypatrujemy perfekcyjne miejsce do fikania w wodzie – między małymi wysepkami.

Na jednej z wysepek ktoś sobie spokojnie mieszka.

Maciek konstatuje – to mógłby być niezły pomysł na miejsce do życia…. No…- mówię. Tylko do pracy daleko ;D Ale żarty żartami a miejsce do życia przepiękne… Mała motorówka i już jesteś w mieście. A życie na co dzień, tak naprawdę poza codziennością…

Rzucamy kotwicę i skaczemy do wody… Ja chcę popłynąć do brzegu i zobaczyć, jakie tam jest podwodne życie – płynie ze mną Pan Mąż, Filip i zabieramy Bartka, który też chce… Kuba woli poskakać z jachtu…

Trzeba przyznać, że Kuba na tym wyjeździe zrobił postępy w jakości skoków na główkę. Tylko, czy koniecznie musi robić to z barierki jachtu??? – myślę sobie z jednej strony dumna, ale z drugiej trochę ze ściśniętym troską, o najmłodszego synusia, żołądkiem  …

Płyniemy do brzegu – Filip, jak zwykle pod wodą się wygłupia

a Bartuś dzielnie płynie przy boku Matiego…

Dopływamy. Bartuś jest trochę zmęczony, więc stara się złapać grunt na kolanach. Patrzę na dno. O, nie!… Całe dno w ukwiałach!…

Wycofuję Bartka – bez pianki i butków nie ma szans. Będzie znowu poparzony. Wysyłam Pana Męża z Bartkiem z powrotem na jacht a sama pływam pomiędzy skałkami – pilnując, żeby nie otrzeć się żadną odsłoniętą częścią ciała. Mam krótką piankę i niefajnie byłoby zahaczyć odkrytą częścią nogi, czy przedramienia…

Fotografuję piękne ukwiały rurówki, w towarzystwie jeżowców (Echinoidea) i zielonych glonów. 

Taka ilość jeżowców potwierdza słuszność decyzji o odesłaniu Bartusia z przybrzeżnej linii…

Obok intensywnie czerwieni się ładna osłonica. Znalazła sobie miejsce wśród białych perłowych narośli i krzaczastych wodorostów. Razem zaczynają budować piękną rafową ścianę.

Wraca Mati. W tym samym momencie zauważam całkiem dużego kraba na dnie – wołam Pana Męża, żeby też zobaczył i tutaj popełniam błąd. Mój Pan Mąż, nie zrozumiał mnie i staje płetwami dokładnie w miejscu, gdzie był krab… Po pierwsze mąci całe dno, a po drugie oczywiście krab zwiewa… Serio???  – pytam pana Męża (zaczęłam uwielbiać tą formę pytania mojej córki ;) ). Od kiedy tak wytrenowany wieloletni nurek, robi taką porutę na dnie??? Tego kraba już nie sfotografujemy a innego pewnie nie znajdę… – dodaję. Mati jednakże chciał po prostu przekazać mi informację, która wprawiła go w wysoki stopień rozbawienia i stracił czujność co do moich obiektów fotograficznych. A mianowicie kapitan widząc, że Maciek często na rejsie gra w szachy – proponuje mu partyjkę, jako wytrenowany gracz… Parskam śmiechem krztusząc się wodą. No teraz, to kapitan ma przechlapane… Pan Maciek pokaże mu, gdzie raki szachowe zimują… Przewiduję mocny huk upadającego kolejnego piaru ;D

Chwilę pływamy z Matim. Filip już wrócił na jacht. Parę minut i Pan Mąż stwierdza, że jest mu zimno i chce wracać. Wracaj – mówię. Ja jeszcze chwilę popływam – dodaję. Z przyjemnością penetruję jeszcze przez parę minut ścianki – popołudniowe światło pięknie na nich gra…

Fotografuję jeszcze małą  ławicę salpii (Sarpa salpa) – rybek powszechnie spotykanych w Adriatyku.

I na koniec piękną rozgwiazdę czerwoną, ukrytą w skałce porośniętej osłonicami, glonami i wodorostami…

Wracam na jacht – też zrobiło mi się zimno.

Jeszcze pstrykam zdjęcia ostatnich skoków naszych najmłodszych chłopaków

i szybko biegnę się przebrać – niby gorąco, ale zimno ;D

Biegnąc na dziób, żeby ściągnąć piankę – słyszę, że kapitan właśnie położył partię i zły coś burczy wstając zza stołu na deku. Maciek z jowialnym uśmiechem na twarzy pyta – może rewanżyk? Nie – pada naburmuszona odpowiedź. Wystarczająco już dostałem po d… (wypowiedź była pełna, ale pozwolę sobie, jako wulgarnej, jej nie przytaczać). Myślę – niemożliwe – zauważył, że nie ma szans… Jak widać nawet w pustej, inteligentnej inaczej paszczy można znaleźć jakieś pojedyncze wypełnienia… Z naciskiem na może, bo jednak nie jest to takie oczywiste…

Jemy mały obiadek – przygotowany przez Pana Męża, wyciągamy kotwicę i opuszczamy tą gościnną zatoczkę między małymi wysepkami.

Płyniemy w kierunku Betiny. Tzn. chcemy płynąć, bo przy sterach zasiadł kapitan, patrzy na mapę i niestety myli kierunek – płyniemy w odwrotnym… Pan Mąż na całe szczęście zauważył i mówi – hej kapitanie, chyba musimy płynąć tam… Zero odpowiedzi, kapitan jeszcze raz patrzy na mapę i zawraca… Nie komentujemy… Po co?…

Jest flauta, więc znowu płyniemy na silniku – jak zawsze w takiej sytuacji, siadam na dziobie z dala od rozmów i wchłaniam świat. Kubuś postanowił pochłaniać świat obok mamusi – na dnie odwróconego pontonu… ;)

Adriatyk błyszczy się przepięknie… Słońce pomału zaczyna chylić się ku zachodowi. Na początku białym złotem,

żeby za chwilę zmienić się w żółto-pomarańczowe

i pomału jarzącą czerwienią zachodzić za wzgórzem,

żeby w końcu zniknąć i zakończyć wędrówkę po nieboskłonie, z tej strony Matki Ziemi.

Na morzu nie widać już praktycznie jachtów – to czas, kiedy idą spać w portach, lub na kotwicowiskach. 
My jednak musimy dopłynąć do Betiny – o 9.00 rano zdajemy jacht. 
Pan Mąż mówi, że dostał od kogoś informację o zaćmieniu Księżyca, które dzisiaj ma być pełne – a zdarza się to raz na 140 lat. Poważnie? – pytam i nie wierzę w swoje szczęście. Jestem na Adriatyku i będę oglądać pełne zaćmienie Księżyca… Uśmiecham się i już próbuję nastawienia mojego aparatu…

Zapada zupełna noc a na niebie pojawia się piękny Księżyc w pełni, nie srebrzysty, tylko pomarańczowo żółty i pomału rozpoczyna się spektakl zaćmienia.
Nie mam statywu, jacht się lekko kołysze – w końcu płyniemy. Usztywniam rękę, stabilizuję na sztagu ze zwiniętym fokiem i robię zdjęcie za zdjęciem.

Początek – z pięknie malującymi się cieniami chmur… Uwielbiam to zdjęcie….

Dalej – ponad połowę Księżyca przykrywa cień Ziemi…

Dopływamy do mariny – nie czekam, aż zacumują jacht, tylko wyskakuję na keję. Kuba i Bartek wyskakują za mną :) Stawiam aparat na słupie z podłączeniem do mediów i  staram się sfotografować jak najpiękniej się da – przy moim sprzęcie i umiejętnościach –  pełne zaćmienie Księżyca.

Jestem wzruszona i wdzięczna opatrzności, że dała mi możliwość przeżycia i doświadczenia tego momentu. Modlę się, gdzieś tam głęboko w duszy, bezdźwięcznie…W takich momentach czuję niezwykle mocno bliskość Boga. Bliskość, której nie jestem w stanie doświadczyć w kościele – w otaczającym mnie tam blichtrze złoconych ornamentów i świeczników, przy butnych kazaniach księży i mamrotaniu ludzi dookoła…

Słyszę, że Bartuś prawie płacze, ze względu na brak możliwości zrobienia jako takiego zdjęcia zaćmienia Księżyca komórką… Śmieję się, że te najlepsze, które uda mi się zrobić, mu prześlę, więc niech się nie martwi…

Idziemy do restauracji na kei, żeby spędzić razem nad małą whisky w moim przypadku, piwkiem w przypadku Panów i coca colą w przypadku chłopaków ostatni wieczór.

Niestety obsługa w osobach pań kelnerek jest lekko nietrzeźwa – dostaję whisky zupełnie rozwodnione. Pan Maciek idzie reklamować. Mogę nową wydać, ale i tak i tak będzie źle, bo whisky jest chrzczona wodą… – mówi kelnerka z pełną, alkoholową szczerością. No i niestety dobrej whisky nie dostaję.  Masakra – co za naród z tych marińskich Chorwatów…

Siedzimy sobie wesoło gawędząc.

Piję swoje wodne whisky i właśnie chcę powiedzieć, żeby jednak zawołać kapitana, który został na jachcie, gdy moje myśli wypowiada Pan Maciek… Pytając przede wszystkim mnie o zdanie – wszyscy wiemy, że najbardziej dostałam popalić od kapitana. Mówię – trzeba jakoś zakończyć ten rejs i wysyłamy naszych chłopaków – Filipa, Kubę i Bartka – po kapitana inaczej…

Dopiero teraz patrzę na Sports Trackera i na to ile dzisiaj przepłynęliśmy. 53,29 km w 6,33 godziny – ostatnia trasa na naszej rejsowej mapie :)

Kapitan przychodzi z rozanielonym wyrazem twarzy – niestety zdrowo zawiany. Prosi a właściwie mówi, że chce piwo – zamawiamy. 

Siedzimy, trochę żartujemy. Widać po moich chłopakach, że pływanie na żaglach dobrze im zrobiło… Opaleni, wypoczęci, w dobrych nastrojach…

Powinno się jednak wyrywać dzieciaki młodsze i starsze poza świat pełen gier, youtube i nudy telewizora… 

W pewnym momencie kapitan głosem podchmielonym alkoholowo – mówi, ze mnie przeprasza… Milczę. Ciągnie dalej – przepraszam Cię za niektóre sytuacje na jachcie… Milczę – nie chcę tych przeprosin. Po co? Są wynikiem alkoholu i kurtuazji – tak na wszelki wypadek, żeby załagodzić nasze ogólne rejsowe odczucia. W końcu pyta – Czy przyjmuję przeprosiny? Co mam odpowiedzieć?… Mówię, że tak – że nie należy przeprosin nie przyjmować, ale nie zapomnę tego jak mi zniszczył czas żeglowania. Zapomnij – mówi przymilnie. Przykro mi – odpowiadam – nie licz na to. A za chwilę – Ty też powinnaś mnie przeprosić. Nie nie powinnam – mówię sucho i ucinam temat.

Chwila niezręcznego milczenia i kapitan zaczyna gadać o tym, jak wypisze opinie po żeglowaniu, o egzaminie w Polsce… A potem idą już rozmowy różne.

W końcu wracamy na jacht – po drodze fotografuję jeszcze rosnące tu oleandry (Nerium) w odmianie czerwonej

i białej

a na koniec uśpione, kołyszące się na wodzie jachty, których sen uspajkaja jednostajny plusk fali o burtę i lekko dzwoniące wanty…

Wracamy na jacht. Jest około dwudziestej drugiej. Jeszcze szkoda nam kończyć ten wesoły wieczór, pomimo mocno zawianego Kapitana. Chcę sobie nalać szklaneczkę białego wina, jeżeli nie udała mi się pożegnalna whisky, to może pożegnalna szklaneczka wina. Biorę do ręki kartonik, który cały kupiliśmy rano w Zadarze i stał póki co nieotwarty. W ciągu dnia wypiliśmy po małej lampce z poprzedniego. Niestety kartonik leży w lodówce puściutki – nie ma ani kropli… No to mamy wyjaśniony stan kapitana i co robił na jachcie, gdy poszliśmy do portu. Pił chyba duszkiem, bo dużo czasu nie miał do momentu, gdy posłaliśmy po niego chłopaków.

Myślę sobie – dzisiejszego wieczoru nic mi nie popsuje… Robię sobie herbatę – do dobrego humoru nie potrzebuję alkoholu, chociaż zimne białe winko byłoby w tą upalną noc na miejscu… Rozmawiamy wesoło
Panowie Mati i Maciek żartują, ale do zdjęcia – pełna powaga ;D

Pan Maciek podrzuca na pokład synusiowi dobranockową kanapkę ;)

Przez cały rejs nie było okazji do pogrania na skrzypcach a tak jak pisałam wcześniej opowieści przedrejsowe kapitana o graniu na gitarze i śpiewaniu szant oraz absolutnej chęci na pogranie w duecie ze skrzypcami, były tego samego poziomu, jak opowieści o nurkowaniu na 30 metrach – wyssane z palca. Prosimy Filipa, żeby chociaż w ten ostatni wieczór zagrał… No i Filip gra…

I pomimo tego, że obecnie jego miłością jest gitara, i zupełnie nie ćwiczy na skrzypcach – gra pięknie, przekładając kawałki gitarowe na skrzypce.  Nie jest przestrzeń pod pokładem jachtu wymarzoną salą koncertową, ale dźwięki skrzypiec niezależnie od otoczenia brzmią, tak jak mają brzmieć – przepięknie. Jesteśmy zasłuchani – i to nie tylko Pani Mama ;)

Najbardziej jest zasłuchany Pan Tata – tak zasłuchany, że aż pochrapuje na całego ;D. Pan Mąż zasnął – znaczy się, że koncert był naprawdę wyśmienity, żaden fałszywy zgrzyt nie zakłócił mu odpłynięcia do krainy Morfeusza ;D

Filip gra cztery kawałki i kończy pięknym ”Hallelujah” Leonarda Cohena.

Idę spać z dźwiękami skrzypiec Filipa w głowie – szczęśliwa, że znowu mogłam posłuchać jak mój syn gra na skrzypcach… A Księżyc pomału wyzwala się z cienia, którym na moment przykryła go nasza planeta Ziemia.

Ranek wstaje zdecydowanie za szybko i zanim się jeszcze na dobre obudziliśmy, już trzeba się pakować. Kapitan też wstaje – robi sobie kawę, oczywiście tylko sobie i tak szybko jak szybko wypija kawę na deku pokładu – znika. Przecież czeka nas porządkowanie jachtu, trzeba się gdzieś przyczaić… Mati robi nam kawę, ja pakuję rzeczy z kajuty, jednocześnie zgrywając z kart sd zdjęcia na komputer i zewnętrzny dysk – po drodze chcę obrobić zdjęcia z zaćmienia księżyca. Reszta jeszcze śpi. Budzimy Filipa i moje chłopaki ogarniają szpej nurkowy, ja dalej pakuję środek jachtu. Wstaje Pan Maciek i biegnie do sklepu po pieczywo na śniadanie. Jestem trochę sceptyczna, ponieważ minuty mijają a jacht trzeba zdać o 9.00. Maciek wraca, kapitana nadal nie ma. Mati, Filip, Maciek zawożą szpej do auta i dokładnie w tym czasie przychodzi człowiek z obsługi kei, mówiąc – że mamy natychmiast opuszczać jacht. Zero uśmiechu, mina ważniaka, ton raczej nie znoszący sprzeciwu… Naprawdę??? Kolejny Chorwat uprzejmy inaczej. Jestem absolutnie rozczarowana, ponieważ jeździmy praktycznie co roku na Istrię do Sveta Mariny i tam człowieki, też przecież Chorwaci, są normalnymi, wesołymi i do tego ciepłymi ludźmi. Czyżby fakt, że pracujesz w miejscu popularnym turystycznie, gdzie przypływają ociekające milionami jachty, upoważniał Cię do nie takiego traktowania żeglarzy z jachtów trochę tańszych?… Nie poddaję się jednak Panu uprzejmemu inaczej i kategorycznie mówię, że jeżeli mamy zdać jacht o 9.00, to zdamy a póki co jest 8.30, więc mamy jeszcze całe pół godziny. Pan rzuca miną fochowatą i odchodzi wyganiać innych z łódek. Nie rozumiem tego zachowania i chyba nie chcę się nawet nad tym zastanawiać. Jedno jest pewne, ze kolejne żagle będą raczej w innym kraju… Natomiast na nurkowanie do Svety Mariny chętnie wrócimy. 

Dzwonię do Matiego, żeby się ogarniali, bo nas wyganiają. Chłopaki wracają i Pan Maciej oznajmia, że ma wszystko w nosie i z jachtu przed zjedzeniem śniadania go nie wyrzucą. Widać, że takie traktowanie nas – turystów, w końcu gości tego kraju – wszystkim się przejadło. 

Mówię do Pana Męża – niech wszyscy jedzą śniadanie a my ogarnijmy bagaże. Na jacht wraca kapitan – w ręce trzyma dziesięć jajek. Będzie gotował na śniadanie jajka na twardo. Kolejny raz muszę zapytać sama siebie – Serio??? Pierwszy raz coś kupił i chce zrobić – w momencie, gdy trzeba klarować jacht, to on chce zamiast szybkiego śniadania gotować jajka. Jest godzina 9.00. a obsługa kei czeka na nasz jacht…. Ok. Jedzcie śniadanie – mówię i dodatkowo do Filipa – Zrób nam po dwie kanapki, zjemy jak wrócimy. Zabieramy z Matim wózek z bagażami i ciągniemy resztę bagaży na parking samochodowy. Po drodze spotykamy Pana Uprzejmego Inaczej, zmierzającego na nasz jacht. Próbuję ugrać parę minut, przepraszając za opóźnienie i tłumacząc, że pierwszy raz czarterujemy jacht, i że następnym razem będziemy gotowi przed czasem, ale teraz nasze dzieciaki (w tym również nasz 1,90 wzrostu Maciuś ;D ) muszą zjeść śniadanie…. O kapitanie nie myślę, bo dla mnie, to on już przestaje powoli istnieć…. Pan coś tam brzdąka pod nosem, ale my nie słuchamy tylko pędzimy, tzn. mozolnie ciągniemy wózek, dalej.

Szybko pakujemy bagaże do samochodu. Wracamy. Dostajemy od Filipa pyszne kanapki, bez jajek – zabrakło gazu i były po wiedeńsku, lejące się ;D. Nawet nie patrzymy na kapitana, który zgarnia do torby ze stołu wszystko, co pozostało ze śniadania – oliwę, ocet balsamiczny, ser, salami – w swoim tradycyjnym żarłocznym sposobem. Chłopaki idą do biura czarterowego dopełnić formalności związanych ze zdaniem jachtu, a ja rozmawiam z Kasieńką, która akurat zadzwoniła – rozmowy są ważne, ponieważ córcia się na wakacjach nam zakochała.

Potem ostatnie chwile z kapitanem – wypisanie przepływanych godzin z opinią. Maciek pyta mnie – a Ty? Ja dziękuję. Nie chcę nic od człowieka, który jest skrajnym nacjonalistą, rasistą, szowinistą i zwykłym pijarzystą, który mieni się pedagogiem. Nasz kapitan okazał się być paskudnym małym człowiekiem (jakościowo -ponieważ wzrostu i tuszy Ci u niego nie brakuje). Z jednego powodu jest mi tylko wstyd, że pozwoliłam na to, żeby ten malutki człowiek wyzwolił we mnie uczucie silnej, palącej nienawiści. Pierwszy raz w życiu poczułam prawdziwą nienawiść do drugiego człowieka i nie jestem dumna z faktu, że do tego dopuściłam. Ale uwierzcie mi – emocjonalnie kapitan się na mnie wyżywał a Pan Mąż? Pan Mąż względem niego ma swój plan (opiniotwórczy) – po zdobyciu uprawnień do których jest mu potrzebny. W sumie rozumiem… Trzeba było utrzymać jako taką atmosferę na jachcie, bo jakby Pan Mąż zaczął mnie bardziej dosadnie bronić, to mogłoby się to źle skończyć. Ale mam trochę poczucia, że w sytuacjach, kiedy byłam atakowana w sposób brzydki i bezwzględny (atak nie musi być fizyczny), to do obrony mojej osoby byłam sama. Ja wywalczyłam lepsze traktowanie dzieci i o siebie też musiałam powalczyć sama. A wiadomo, że o siebie walczy się gorzej, niż o innych. Chłopaki próbowali stłamsić kapitana inteligencją, ale tak wąsko myślący człowiek czuje pognębienie umysłowe przez bardzo krótki moment, zaraz się otrzepuje a do tego często lotnych niuansów nie czyta… Może nie warto było prowokować awantur… Może… Pan Mąż mówi – dałaś radę… No tak, ale fajnie byłoby zobaczyć Pana Męża w zbroi na białym rumaku, kruszącego o mnie pikę…

Nic, liczę na to, iż więcej tego człowieka nie spotkam. Chłopaki chcą u niego na Bałtyku we wrześniu zdać egzamin na sternika pełnomorskiego i motorowodnego, więc się starają do końca trzymać dobrą minę do złej gry. Ja nie zamierzam a na dodatek czuję, że z tych egzaminów u szanownego kapitana może nic nie wyjść, ponieważ już coś zaczyna kręcić. Z drugiej strony liczy na pieniądze, więc może…

Spytacie – po co psuć wpis wakacyjny takimi zdarzeniami, przemyśleniami? Przecież wakacje mają być przedstawiane, jako czas beztroski i piękny a nawet jak taki nie był do końca to trzeba ten czas upiększyć, dokoloryzować.. A ja sobie myślę, że nie należy koloryzować historii, bo każdy przeżyty czas powinien nas czegoś nauczyć. O ludziach, o miejscach a najważniejsze o sobie samym. Na historii dobrze jest się uczyć, ale tylko tej przedstawianej rzetelnie, bo inaczej uwierzymy w 30 metrowych ludzi i w to, ze polski ród był pierwszym na tej ziemi a małżeństwa się nie kłócą, i nie ma kryzysów. Jak na takiej wiedzy mają nasze dzieci budować przyszłość? Dlatego ja piszę i o tym co piękne, łatwe, przyjemne, wspaniałe. I o tym co trudne, bolesne i przykre. Wtedy życie układa nam się w prawdziwą całość – oczywiście widzianą subiektywnie. A ten co słucha, czy czyta niech sobie wyciąga wnioski dla siebie i niech będą one również subiektywne. I na takich wielu subiektywnych spojrzeniach buduje się obiektywna prawda… Właśnie dlatego opisuję moje eskapady w kolorach i tych pięknych, i tych pięknych inaczej…

A czego ja się nauczyłam od kapitana? Na pewno poprzez obserwację trochę żeglowania – ponieważ tłumaczyć to on nie umie a w dodatku nie ma w zwyczaju odpowiadać na pytania kobiet i robi to tylko w momencie, gdy czuje, że przeholował i jednocześnie pomyśli o pieniądzach, które poprzez swoje zachowanie może stracić… Ale żeglarzem jest dobrym (gorzej z nawigacją, zdarza mu się popłynąć w innym, niż zamierzony kierunek- ale żagle czuje i opływany jest), więc obserwowałam jak żegluje i jak tłumaczy chłopakom, ucząc się i zapamiętując dużo. Po drugie pokazał mi, że potrafię nie zwracać uwagi na bzdury dotyczące naszego państwa, poglądów politycznych, historii, nauki. Do czasu poznania kapitana zawsze próbowałam zażarcie oponować i przekonywać do zmiany zdania każdego kto, wg mojej opinii, dziwne rzeczy opowiadał. Ale kapitan pokazał mi, że jak ktoś słucha tylko tego co sam mówi, to po co z nim dyskutować. Szkoda sił a przede wszystkim czasu…. Po trzecie pokazał mi, że potrafię prawdziwie nienawidzić – a pomimo tego, że sporo w życiu kopniaków dostałam, zawsze myślałam, że nie jestem do tego uczucia zdolna (pomijając pewność, że znienawidziłabym każdego, kto skrzywdziłby moich bliskich) . A teraz jeżeli już wiem, że jestem zdolna do nienawiści z powodu zetknięcia się z koniecznością przebywania w sytuacjach, w których permanentnie jestem poddawana terrorowi psychicznemu przez ”brzydkiego”, złego człowieka, to nauczę się tego jak nie pozwolić drugiemu człowiekowi tylko przez jego małość i brzydotę doprowadzać się do takich uczuć….
Po czwarte zobaczyłam jak dzieciaki zwarły szyki i zaprzestały jakichkolwiek fochów w stronę mamusi, którą osoba trzecia traktuje paskudnie – dawno nie czułam tak ogromnej miłości i troski ze strony moich synów. Zobaczyłam jak silną mamy jako rodzina więź (wliczam w to również wsparcie tulaskami od Pana Męża ;) )
Po piąte – ponieważ zawodowo muszę przekazywać swoją wiedzę, to poprzez obserwację naszego kapitana nauczyłam się do jakich zachowań nie mogę się zbliżać, nawet na odległość setek mil morskich…

Także właściwie?… Należy się uśmiechnąć wykorzystać wszystko czego się nauczyłam a wspomnieniami wracać już tylko do tych pięknych chwil pozakapitanowych.

Mati ma odwieźć Maćka z Bartkiem i kapitana na autobus. Maćki zostają w Chorwacji na trzy dni – będą chłopaki cieszyć się spokojem na chorwackich plażach i w chorwackich miasteczkach. Kapitan autobusem wraca do domu – a mówił, że czekają na niego w Grecji… Masakra

My natomiast jedziemy w moje wymarzone Alpy – już wiem gdzie :D –  rejon Dachsteinu

Zimne podanie ręki kapitanowi, niedźwiedzi uścisk z Panem Maćkiem i mały tulasek z Bartusiem. Mati z towarzystwem odjeżdża na przystanek. Filip, Kuba i ja czekamy na jego powrót w restauracji –  tej samej, w której byliśmy wczoraj wieczorem. Bierzemy dwie gazowane małe wody i dwa sprite-y (11 euro :o ). Delektujemy się ciszą, raz na jakiś czas spokojną wymianą zdań i jakąś taką nagle powstałą przestrzenią….

Sprawdza się tutaj przypowieść o kozie. Kup sobie kozę, pomieszkaj z nią tydzień a potem ją sprzedaj, lub oddaj i od razu zacznie Ci się życie wydawać piękne. Zaraz czujesz, że masz dużo przestrzeni i spokoju. I taką kozą był dla nas kapitan. Dlatego, jak tylko niknie nam z pola widzenia napięcie wewnętrzne zaczyna spadać. Filip jeszcze kwituje znajomość z kapitanem w swój właściwy sposób – Czytałem kiedyś, że kretynów jest na świecie mało, ale są tak porozstawiani, że spotykasz ich na każdym kroku… Cóż, trudno się nie zgodzić z tym zdaniem…

Wraca Pan Mąż. Biegniemy pod prysznic i w drogę – kierunek Ramsau, rejon Dachsteinu.

Jeszcze jedno spojrzenie w stronę jachtów czekających na nowe załogi.

Buziak na drogę – kolejna eskapada czeka :D

A, gdy już jedziemy samochodem, bez ”kozy”, w kierunku Alp, słuchając Maleńczuka z Waglewskim z płyty ”Koledzy”, Grechuty, Dżemów – czujemy się wręcz ekstatycznie …. :D

Jeszcze tylko parę słów podsumowujących nasz rejs z pominięciem kapitana, którego tematu tutaj nie będę już poruszać.

Cała załoga zgrała się perfekcyjnie. Dzieciaki spisały się na medal i te małe – biorące się odważnie za ster, ćwiczące wiązanie węzłów, fotografujące wszystko co się da, brykające w wodzie – dzielnie poprawiając skoki i nie płaczące po poparzeniu ukwiałem. I te duże tzn. Filip – niezastąpiony nasz filozof – potrafiący odpowiednio skomentować sytuację, rozbrajając swoich staruszków i nie tylko a przede wszystkim podejmujący się na jachcie prac wszelakich – przy sterze, cumach, klarowaniu lin, pomocy przy noszeniu zakupów i przytulaniu mamy (co najważniejsze ;) ). Pan Mąż świetnie pomału przejmujący funkcję głównodowodzącego na jachcie, jeżeli chodzi o sterowanie i nawigację, no i oczywiście pysznie przygotowujący posiłki, przy pomocy Pani Żony i Pana Maćka. I w końcu Pan Maciej – Pan Maciej i jego bycie, tak jakby poza byciem, z inteligentnym poczuciem humoru, które  było cennym odpoczynkiem, od zmęczenia napiętą sytuacją. Nie mówiąc o tym, że Pan Maciej jest niezastąpiony w przynoszeniu żarełka na jacht, żeby załoga z głodu nie pomarła ;D
Jeżeli do tego dodać wiatr w żaglach, piękną pogodę, Adriatyk i migoczące na nim słońce, horyzont i nic oprócz morza poza nim, piękno wybrzeża Chorwacji – miasteczek, piniowych drzew i surowych wzgórz, malowniczość zatoczek z okalającymi je drzewami piniowymi i dźwiękiem grających w nich cykad, spanie na kotwicowiskach,  nurkowanie i zawieszenie się podczas nurkowania w podwodnej ciszy, orzeźwiające fikanie w wodzie, śmiech dzieciaków, czułe spojrzenia męża, inteligentny sarkazm przyjaciela, świty i zachody słońca, nocne małżeńskie pływanie, piękno zaćmienia księżyca, wieczory przy winku i możliwość łapania każdej chwili poprzez fotografię – to żeglowanie z taką załogą było fantastyczne i dla tych pięknych chwil będzie na pewno warto wrócić na żagle…

Dodatek:

Panowie Mati i Maciek – zrobili porządny kurs na sterników pełnomorskich, na Bałtyku. Pływając pod doświadczonymi instruktorami w warunkach wszelakich, zdobyli pełne uprawnienia w fajnej sportowej atmosferze. Nadal uważam, że jeszcze musimy pływać pod okiem bardziej doświadczonych żeglarzy, ale teraz czas do pływania samodzielnego na pewno mocno się skrócił.

Pan Mąż wystawił na forum żeglarskim opinię kapitanowi – za którą posypały się kolejne od ludzi, którzy również przeżyli rejs z kapitanem inaczej. To tylko udowadnia, że nic z tego co napisałam nie jest wydumane, czy też wyssane z palca. Tak po prostu było i kapitan jest człowiekiem, z którym nie warto marnować swojego cennego czasu.

Moja rada – zanim wynajmiecie skippera, który ma Was nauczyć żeglować i pomóc Wam spędzić wakacje pod żaglami – dobrze przejrzyjcie fora. I pamiętajcie, że skipperzy zmieniają pseudonimy, lub np. nie podają drugiego imienia, czy nawet nazwiska, posługując się tylko imionami. A jeżeli ktoś ma czas w dowolnym terminie sezonu – w momencie, gdy sezon już trwa – to lepiej nie ryzykować. Najlepiej stworzyć załogę z kimś, z kim ktoś ze znajomych już pływał, ponieważ tydzień na tak małej przestrzeni z nieodpowiednim człowiekiem może być naprawdę trudny.
A żeglowanie to piękny sport i nie warto się do niego zniechęcić przez kogoś takiego jak kapitan, z którym mieliśmy wątpliwą przyjemność pływać. 

 

 

 

 

 

 

 

Komentarze

fotoeskapady

05 września 2021 o 17:32

Obecność kapitana czasami dobrze robi 😉- mąż jest teraz skiperem i pływamy sobie wesoło sami ⛵😀 Dzięki bardzo, mam nadzieję, że chorwacki wpisik przypadł Ci do gustu.
Ps.50++ – mega czas na szaleństwa 😁

Piotr W.

30 sierpnia 2021 o 04:19

Przez kompletny przypadek trafiłem na ten wpis. Stoimy właśnie w zatoczce na wyspie Zverinac, czyli blisko Waszej trasy. Jesteśmy w 2 pary (niestety 50++) 😎. No i nie mamy kapitana 😉. Ze 2h czytałem w nocy Twój „wpisik”. A teraz idę spać.

fotoeskapady

27 marca 2020 o 22:55

Dziękuję bardzo… :) Tak, żagle połączone z nurkowaniem, to chyba taki komplet – powodujący, że można cieszyć się zarówno wiatrem, falą i łopotem żagli oraz ciszą i pięknem świata podwodnego. A co do skipera – to przeszłość i robimy wszystko, żeby takiego błędu drugi raz nie popełnić. Jednym ze sposobów jest poznanie fantastycznej braci żeglarskiej z forum.zegluj.net… :) Myślę, że niejeden trzepot żagli jeszcze przed nami… :D
Pozdrawiam Cię serdecznie w imieniu własnym i Pana Męża.
Przepraszam, że tak późno odpisuję, ale ostatnio musiałam przeorganizować się do otaczającej nas nowej rzeczywistości i świat poza życiem zawodowym trochę zaniedbałam…
Sabina

Marek Popiel

06 marca 2020 o 07:09

To co prawda stara sprawa ale… Piękny opis. Trochę Wam zazdroszczę nurkowania, którego nigdy nie spróbowałem. Z Waszym skiperem raz się spotkałem kiedy przekazywałem mu jacht. Kiedy z którymś z moich załogantów szliśmy na dworzec w Gdańsku powiedział – współczuje nowej załodze. A spędziliśmy z nim dwie godziny.
Pozdrowienia z innych mórz :)
Marek vel whitewhale
http://whale.kompas.net.pl

fotoeskapady

03 listopada 2018 o 14:39

Dziękuję bardzo za komentarz i podpowiedź co do forum cro.pl :D

Arni

03 listopada 2018 o 12:29

Swietnie napisana relacja i piękne zdjęcia. Proponuję spróbowanie takze na forum https://www.cro.pl/nasze-relacje-z-podrozy-f22.html .Na pewno cieszyłyby się powodzeniem.

fotoeskapady

27 września 2018 o 09:10

Też się dziwię… Ale na całe szczęście są to jednostki. Pech, gdy akurat na taką jednostkę trafisz… Co do wstydu – broniliśmy honoru Polaków dzielnie i w pizzerii nikt się nie zorientował ;D Sprzęt do nurkowania na jachcie jest super pomysłem – można połączyć na spokojnie dwie pasje naraz i wykorzystać w pełni czas spędzony na morzu, ale z zaznaczeniem posiadania na jachcie naprawdę doświadczonego nurka i sprzętu ratowniczego – koniecznie tlenu. Bez tego lepiej nie próbować. Teraz jesteśmy znowu w Chorwacji – Pan Mąż robi kurs instruktorski w CMAS. Po powrocie opublikuję opis ze zmagań podwodnych i jak zwykle – nie tylko podwodnych ;D Zapraszam serdecznie i bardzo dziękuję za komentarz :)

Adam

26 września 2018 o 00:14

Klikanie po forum mnie tu przywiało ;)

Heh, właśnie wróciłem z tych samych rejonów, acz spędzonych z przeciwieństwem pseudokapitana w roli skippera. Aż dziw bierze, że w epoce Internetu tacy ludzie się uchowali na rynku. Jedliśmy chyba w tej samej pizzerii w Veli Rat, chyba panu kapitanowi nie udało się do końca zepsuć opinii kelnera o Polakach ;) I jednego czego mogę zazdrościć jako OWDziak to zabranego sprzętu nurkowego lub chociaż balastu – popływałem trochę w ABC i było parę miejsc godnych głębszego zanurzenia.

fotoeskapady

25 sierpnia 2018 o 23:26

Bardzo dziękuję za komentarz :)
Jednak cieszmy się, że ludzi fajnych inaczej spotykamy rzadziej, niż tych fajnych naprawdę :)

Andrzej ,,kooniu,, Jasztal

25 sierpnia 2018 o 23:04

Trafiłem na Twoja relację dzieki forum, i postowi Twojego meża i przeczytałem ją jednym tchem. Dziekuję za poczucie chumoru, fajne opisy i piękne zdjęcia – a kapitan … no cóż tacy ludzie się zdarzaja nawet jak są rzadko rozstawieni jak powiedział Twój syn, sa oni sprawdzianem naszego … hmmm … człowieczeństwa ? ;)

fotoeskapady

25 sierpnia 2018 o 15:25

Dziękuję bardzo za komentarz… :)
Wcale nas tak dużo nie jest, a na Tequillę zawsze można spotkać się w jakiejś marinie ;D

Andrzej

25 sierpnia 2018 o 14:46

Rewelacyjna relacja. O durniu nie piszę.
Ale humor, refleksja , cudne obserwacje….
Szkoda, że Was tak dużo… za duzo na moja TEQUILĘ.
Colonel
http://www.armator-i-skipper.pl

Dodaj coś od siebie i skomentuj ten wpis!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *